you can’t say I didn’t try

Tydzień temu w końcu zadane pytanie. I odpowiedź taka, jakiej się spodziewałam. Ale zawsze lepiej wiedzieć. A odpowiedź „nie” to nie koniec świata i znajomości ;)

Spotkanie w Urzędzie Pracy. Przedwczoraj test rekrutacyjny – w Rzeszowie. Dziś (pozytywny) wynik jednej z pozostałych dwóch rekrutacji. Coś się dzieje, nie stoję zupełnie w miejscu ;]

 

Yoda powiedział „Do. Or do not. There is no try.” Rzecz w nastawieniu – zobaczeniu celu, który chcemy osiągnąć poprzez dane działanie.

Korzystam więc z okazji. Podchodzę do rekrutacji, ufając, że przygotowałam się wystarczająco i osiągnę cel – zyskam pracę. Już samo zakwalifikowanie się na test stanowi dawkę motywacji – so far so good. Z Rzeszowem trochę nie wyszło – za daleko, na zbyt krótko. W UP też chwilowy zastój. Ale próbuję, szukam możliwych wyjść, alternatyw, sposobów.

 

Nie możesz powiedzieć, że nie próbuję ;)

„Keep your head up, movin’ on”

 

*dygresja mode on*

1) nic dziwnego, że szybciej jest mi przelać myśli na klawiaturę, napisać notkę na blog, niż sięgnąć po długopis i skorzystać z mojego zeszytu na pamiętnik, skoro większość czasu spędzam przy komputerach – jak nie przy PC  w pracy, to przy lapku w domu, nad magisterką -_-

 

2) Ta notka jest tu przede wszystkim jako taka przypominajka, komunikat do samej siebie, że choć bywa różnie, lepsze i gorsze momenty, spadki nastroju i chwile bezruchu, niezdecydowania
– to mam w sobie to przekonanie, poczucie – niemalże już nowy schemat, czekający na pełne wdrożenie – że będzie dobrze, że umiem zobaczyć, znaleźć wyjście, alternatywy dla zastanego stanu.
Jeszcze nie od razu, ale w końcu jednak =]

*dygresja mode off*

 

 

Co jakiś czas przypomina mi się ćwiczenie/ doświadczenie, jakie na spotkaniu nt. NLP pokazał nam (mi i grupce znajomych) dawny kolega. Polegało ono na a) przyjęciu ‘dołującej’ postawy – głowa w dół, między kolanami – i powtórzeniu pozytywnego tekstu, np. „wszystko mi się dziś udaje”, a następnie b) w otwartej, wygodnej pozycji, przy uśmiechu na twarzy wypowiedzeniu negatywnego tekstu, np. „nic mi się nigdy nie udaje”. Wszyscy zauważyliśmy, że odczuwamy pewnego rodzaju „zgrzyt”, dyskomfort podczas tego ćwiczenia – a wynikajacy z ‘niedopasowania’ postawy ciała do wypowiadanego komunikatu.
Na to zwykle się mało zwraca uwagę, a na pewno mało świadomie – jak ułożenie ciała, przyjmowana postawa wpływa na nasze myśli (bo że i myśl wpływa na to, jak się poruszamy, to tez już stwierdzono). O wiele łatwiej wpaść w spiralę pesymistycznych, czy negatywnych oskarżeń wobec samego siebie (do rozpoczęcia których nieraz wystarczy drobne niepowodzenie, czy niekorzystne warunki transportowe czy pogodowe), jeśli idąc wpatrujemy się w chodnik, głowa w dół, plecy lekko zgarbione.

Dlatego też często powtarzam sobie słowa użyte w tytule notki: „Keep your head up, movin’ on”;odruchowo prostując plecy, podnosząc głowę i uśmiechając się do siebie.
„trzymaj głowę w górze, gdy idziesz” w najprostszym tłumaczeniu, ale mogące się też odnosić do bardziej ogólnej postawy, nastawienia do i podczas działania, zmian. Takie bardziej codzienne ‘nie poddawaj się, nie smutaj’. A że wiem, że jeszcze mam skłonność do smutania, to tym bardziej wyczulam samą siebie, by nie dokładać sobie postawą podświadomej chęci do zjechania w dark and twisted place.

 

Spotkanie w weekend, wobec którego miałam obawy, okazało się być bardzo udane. Szczególnie zapadło mi w pamięć, skłoniło do refleksji pytanie M. (do wszystkich zaproszonych) odnośnie pasji, hobby, tego co najchętniej robimy w wolnym czasie, po pracy. Przypomniało mi to, że trochę zaniedbałam moje hobby – owszem, książki, filmy i muzyka maja się dobrze, ale są to ogólne sformułowania, te dziedziny, którymi niemalże każdy się interesuje. Jeszcze za mało wkręciłam się w rower, by z czystym sumieniem mówić o tym „moja pasja”, tak samo góry – kilka lat przerwy, spadek kondycji w międzyczasie. Można powiedzieć, że odpuściłam, tak samo jak harcerstwo.
Kiedyś ciekawość M. wywołałaby u mnie irytację, wywołaną rozbieżnością między „jak jest” a „jak mogłoby, chciałabym by było”, ale skierowana na niego („no jak on śmie mi wypominać brak hobby!” ;)) – dlatego też cieszę się, że moją reakcją było raczej własne zaciekawienie „a co się z tym stało? a co ja właściwie uwielbiam robić?”.

Wynikiem poniedziałkowego info o problemach ze stażem i mojego smutania na ten temat przy obiedzie z chłopakami, było wysłanie mi przez J. linka z ofertą pracy (kolejne CV już poszło ;)). To mile grzeje serducho, taka (choćby jedynie koleżeńska) troska ;).

A za dwa tygodnie rajd w Bieszczadach, na który na pewno jedzie drugi kolega z pracy. Drogo nie jest, bardziej mnie niepokoi, czy wyrobię kondycyjnie, dlatego jeszcze się waham. Ale jakby co (przy wyborze jego trasy), miałabym towarzystwo. Więc jakaś możliwość wyjazdu i naładowania wewn. bateryjek jest ;)

 

Głowa do góry, dobrze jest ;)

don’t give up

Do it, now, you know who you are
You feel it in your heart and you’re burning with ambition
But first, wait, won’t get it on a plate
You’re gonna have to work for it harder an’ harder

And I know, ‘cause I’ve been there before
Knocking on the doors with rejection [rejection]
And you’ll see, ‘cause if it’s meant to be
Nothing can compare to deserving your dreams

It’s amazing, it’s amazing
All that you can do
It’s amazing, makes my heart sing
Now it’s up to you

Patience, now, frustration’s in the air
And people who don’t care well it’s gonna get you down
And you’ll, fall, yes you will hit a wall
But get back on your feet an’ you’ll be stronger and smarter

And I know, ‘cause I’ve been there before
Knocking down the doors won’t take no for an answer
And you’ll see, ‘cause if it’s meant to be
Nothing can compare to deserving your dreams

It’s amazing, it’s amazing
All that you can do
It’s amazing, makes my heart sing
Now it’s up to you

Don’t be embarrassed
Don’t be afraid
Don’t let your dreams slip away
It’s determination and using your gift
And everybody has a gift
Never give up
Never believe the hype
Trust your instincts and most importantly
You’ve got nothing to lose
So just go for it

It’s amazing, it’s amazing
All that you can do
It’s amazing, makes my heart sing
Now it’s up to you

 

[Jem It’s amazing]

Powrót do domu w ten weekend to niemal książkowy przykład zachowania “źle ci? wróć tam, gdzie się czujesz bezpiecznie”. Czułam, że potrzebuję dodatkowego dnia oddechu, chwili na zastanowienie się co dalej – a przytulne 4 ściany własnego pokoju pozwalają mniej się martwić o niektóre sprawy.

Powiedzieć, że się popsuło to za dużo. Choć kolorowo nie jest. Rozmowa w Pewnej Sprawie, choć rozjaśniła sytuację, pozostawiła po sobie pewien smutek. W pracy – cóż, czułam, że się za słabo mogłam przygotować do testów rekrutacyjnych  - stąd wiadomość o niezakwalifikowaniu się do następnego etapu nie zaskoczyła mnie. Choć przykro się cokolwiek zrobiło (nikt nie lubi przegrywać). Staż to wciąż wielka niewiadoma. A wraz z końcem wolontariatu kończy się moje pomieszkiwanie w Wawie.
Można by powiedzieć – nothing go as planned.

Ale „kiedy Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno” – choćby po to, byśmy mieli czym wyskoczyć ;)

 saved!

Źle nie jest, są pewne alternatywy. Czekam na odpowiedź w ramach rekrutacji w Olsztynie, dziś wysłałam kolejne CV do Rzeszowa. W Warszawie trzyma mnie przede wszystkim magisterka (so get it done, finally!), a skoro chciałabym kiedyś wyemigrować do UK czy Nowej Zelandii, to przeprowadzka do innego miasta stanowiłaby pewną wprawkę. Mieszkanie w stolicy do szczęścia nie jest mi niezbędne dopóki nie pracuję. Jak odpowiednio spojrzeć, to chociaż wiadomości z ostatniego tygodnia miłe nie są, to jednak nie stanowią przeszkody nie do obejścia, blokady do dalszego działania. Nie tą, to inną drogą.

A co do Pewnej Sprawy… *wzdycha* Bardzo szczera rozmowa, powiedzenie rzeczy, których normalnie raczej bym K. nie powiedziała… Zostawiło mnie to cokolwiek ‘wyplutą’ emocjonalnie, zmęczoną. Chyba w końcu na pewne pytanie mogę z czystym sercem odpowiedzieć przecząco – skoro sama zauważyłam (i to na głos,a on się zgodził), że nie ma w naszej relacji pewnej chemii, która w związkach romansowych być musi. I chyba jej już nigdy nie będzie – bo ja już nie mam powodów, by choćby próbować wskrzeszać mój pociąg fizyczny do K. Nie mam ochoty na „do trzech razy sztuka”.

To „wyplucie emocjonalne” – wespół zespół ze spadkiem pewności siebie – sprawia, że na chwilę obecną odpuszczam sobie potencjalne romansowanie. Przynajmniej w dotychczasowej formie – bądź co bądź i tak niezbyt efektywnej :/. Z drugiej strony porady koleżanki z pracy, by zamiast myśleć o zaproszeniu na kawę kolegi/ów z pracy, przejsć do działania, w kontekście pozostałych dwóch tygodnii wolontariatu sugerują jednak, by podjać pewne próby (póki jestem ‘na miejscu’).
Pozytywem całej sprawy, zawirowania emocjonalnego, jest mimo wszystko to, że znów udało mi się złapać pewien dystans do moich związkowych potrzeb. Nie szukam na siłę, by mnie „trafiło”, raczej czekam, aż to poczuję. Nie zamykam się na okazje, ale też nie okazuję na prawo i lewo, że chcę być zaopiekowaną. Może i zdecyduję się zaprosić któregoś kolegę z pracy na ‘niezobowiązującą kawę’, ale przede wszystkim dlatego, że ciekawi mnie jego osobowość, chcę się czegoś o nim dowiedzieć więcej. Jasne, to, że mi się facet wizualnie podoba ma znaczenie, ale nie zamierzam też tracić możliwości fajnej znajomości ;)

Ładuję odrobinę wewnętrzne bateryjki w ten weekend, chwilowe spowolnienie po to, by nie wytracić pędu tak w ogóle. Kiedyś nawał niefortunnych wiadomości wpędziłby mnie w co najmniej tygodniową chandrę. Dziś przede wszystkim wiem, że ‘to nie koniec’, są inne wyjścia, trzeba próbować dalej. I że potrafię sobie dać z tym radę sama ;]

obca

Sing me a song of a lass that is gone,
Say, could that lass be I?
Merry of soul she sailed on a day
Over the sea to Skye.

Billow and breeze, islands and seas,
Mountains of rain and sun,
All that was good, all that was fair,
All that was me is gone.

Sing me a song of a lass that is gone,
Say, could that lass be I?
Merry of soul she sailed on a day
Over the sea to Skye.

[Outlander Title Theme Song (Skye Boat Song) by Bear McCreary feat. Raya Yarbrough]

Aż dziwne, że dopiero teraz, wraz z serialem, dowiedziałam się o istnieniu powieści, gdzie główna bohaterka cofa się w czasie. Do Szkocji. No jak ja mogłam przegapić coś tak bardzo odpowiadającego moim małym fiksacjom >.< ! No ale – lepiej późno odnaleźć niż wcale ;)

Jest dobrze. Pewna Sprawa została ogarnięta, znów wiem, na czym stoję. Czekam na wyniki rekrutacji w pracy, tu nie ma sensu już się stresować, nic już nie zmienię, nie poprawię. Nieco irracjonalne poczucie wyobcowania, zdystansowania , jakie miałam w pracy jakiś czas temu na szczęście już mi przeszło, zastąpione cichą nadzieją na korzystny wynik rekrutacji. Niedługo znów spotkanie z Babińcem, może będę mogła się tym razem pochwalić jakimś progresem, korzystną zmianą w życiu.

A teraz czas wracać do nauki do testu rekrutacyjnego ;) i snucia planów, jak zaczepić się na stałe gdzieś w górzystych partiach Szkocji :P

międzyczas

*  „Fall in love with someone who wants you, who waits for you. who understands you even in the madness; someone who helps you, and guides you, someone who is your support, your hope. fall in love with someone who talks with you after a fight. Fall in love with someone who misses you and wants to be with you. Do not fall in love only with a body or with a face; or with the idea of being in love”  [ (via stay-impure) (via amilliljossogskugga)]

to ostatnie. pamiętać, pamiętać, pamiętać.

* If you’re searching for that one person that will change your life, take a look in the mirror. [N.N]

 

* “Eventually soulmates meet, for they have the same hiding place.”
– Robert Brault [via novemberkind) (Source: hellanne, via novemberkind) via
http://harnow.tumblr.com/]

 

Nie jestem w stanie zawrzeć ostatnich kilkunastu dni w kilku krótkich słowach. Zarazem było dobrze, jak i jakoś nie tak, jak bym chciała. Dużo poczucia bycia dopuszczaną bliżej, jak i chwile samotności, zdystansowania. Postępy w pracy, w działaniu, a zaraz po nich okres czekania, bezradności.

życie *__^

 

kilka cytatów, swoista przypominajka. By być cierpliwą, nie dać zgasnąć nadziei i optymizmowi. Z doświadczenia wiem, że pesymizm przyciągał małe wielkie nieszczęścia (choćby na zasadzie większego wyczulenia na nie), więc czemu z optymizmem nie miało by być inaczej? trzeba mi tylko cierpliwości, uważności, by dostrzegać, doceniać, nie poddawać się zbyt szybko. Good things come for those who wait.

Fear of the unknown

Sometimes the future changes quickly and completely. And we’re left only with the choice of what to do next. We can choose to be afraid of it, to stand there, trembling, not moving, assuming the worst that can happen. Or we step forward, into the unknown, and assume it will be brilliant.
[GA 10x24 “Fear (of the unknown)”, pogrubienia własne]

 

Zeszły tydzień spędziłam w Bieszczadach. Po ok. 9 latach wróciłam na połoniny– i znów zakochałam się w górach. W miarowym rytmie kroków, gdy już złapiesz odpowiednie tempo, w wyzwaniach, jakie przed Tobą rzucają, gdy już nieco opadasz z sił. I w satysfakcji – że już szczyt, że dałam radę, pokonałam własne słabości, nie tylko te fizyczne.

 

I właśnie ta moc, poczucie siły, smak satysfakcji wyniosłam z tego wyjazdu. Odważyłam się na spontaniczny wyjazd, znając tylko jedna osobę z ekipy (choć bez wątpliwości się nie obyło >.<), dalej samotna podróż i ogarnianie dojazdu. Ale jak pisałam K. – to nie jest coś, z czym bym sobie nie poradziła. Bariera tak naprawdę tkwiła w głowie, w moim postrzeganiu siebie jako małej i bezbronnej, która unika kłopotów i utrudnień.

Ale na myśl, jakbym żałowała, że nie pojechałam…

 

Wyjazd na pewno „przydatny”, patrząc pod kątem odbudowywania pewności siebie, zyskiwania poczucia mocy i sprawczości. Skoro to mi się udało, to uda mi się wszystko ;) Jasne, że zdarzają mi się potknięcia, zjazdy humoru (jak dziś), czy pomyłki – wciąż się uczę, wiele rzeczy jest dla mnie nowych (mimo ćwierćwiecza na karku), niektóre sprawy mogłabym załatwić lepiej/ szybciej/ efektywniej, gdybym wcześniej ogarnęła, że tak można. Na przyszłość będę już wiedzieć ;)

And I will make it brillant ;)

hotaru II

Jest wiele teorii o tym, jak człowiek funkcjonuje w świecie, w społeczeństwie, w tłumie. O jego tzw. powołaniu, że każdy ma jakiś talent, tylko trzeba to odkryć, znaleźć i odpowiednio rozwijać. Bo gdy znajdziesz to powołanie, tę czynność, która sprawia Ci niesamowitą satysfakcję… „nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu”. ;)

Póki co wiem na pewno, że ‘jestem dla ludzi’. W organizowaniu imprezy najbardziej lubię dwa momenty – gdy spotkanie się rozkręca, znajomi podłapali klimat, dobrze się bawią, oraz „poranek po”, przygotowywanie posiłku i wspólne pałaszowanie śniadania. Momenty, gdy widzę, że wcześniejsze przygotowania przynoszą efekt w postaci radości, zadowolenia.

Dlatego też zależy mi na spotkaniach z pewnymi osobami. Przywiązałam się, stali się dla mnie ważni – i nie chcę ich sobie odpuścić, pozwolić odejść. Nie chcę popełnić „grzechu zaniedbania”, brania obecności kogoś za pewnik, bo wiem, jak się relacje potrafią „rozjechać” w tzw. międzyczasie. Nieważne, komu zależy bardziej – bo już wiem, że jeśli mi zależy, to dam temu wyraz.

 

 

~ja mogę

jeśli tylko pozwolisz

 

odrobinę ciepła

odrobinę troski

promień światła

 

wnieść w Twoją codzienność

w noce samotne

 

mogę

ulepić marzenia

wierzyć za dwoje

 

stworzyć przyszłość

 

 

jeszcze naiwnie

żywię nadzieję,

że wystarczy

 

wystarczy tak mocno

chcieć kochać~[13.12.09]

 

Wciąż jeszcze się czasem zżymam na samą siebie za tę naiwną wiarę, idealistyczne marzenia. Że to śmierdzi desperacją, że zależy mi za bardzo, a to przecież niedobrze, bo czyni słabszą, bardziej podatną na zranienie czy wykorzystanie. Że daję się ponosić fantazjom, a potem tylko przez to cierpię, bo rzeczywistość się rządzi swoimi prawami.

Nieważne. I don’t care. Taka jestem i najwyższy czas się z tym pogodzić, bo ciosanie sobie kołków na głowie nie wyleczy mnie magicznie z tych resztek romantyzmu.

 

Są dni w miesiącu, gdzie mocniej doskwiera mi samotność, brak tego Specjalnego Ktosia. Gdzie mocniej czuję, że jestem na tym świecie dla kogoś, że wspólne życie dawałoby mi takie poczucie spełnienia… Jasne, pewnie sporo w tym dawnych „niedopieszczeń”, ale to też wyraz tej ludzkiej potrzeby dobierania się w pary.

 

Może i się nakręcam, wybiegam za bardzo w przyszłość, karmię fantazjami kolosa na glinianych nogach. Ale póki nie odstanę odpowiedzi, póki spotkanie nie dojdzie do skutku, nie zamierzam zupełnie z tego rezygnować. Po latach pesymizmu, ukrócania jakichkolwiek mrzonek już na wstępie, bo przecież nic z tego nie będzie”, odważenie się na snucie marzeń wydaje mi się jednak postępem, którego lepiej nie zaprzepaścić. Dopóki potrafię rozróżnić wyobrażenie od podstaw do snucia tej wizji, to chyba mogę się czuć cokolwiek „bezpieczna” ;)

najlepszego :)

„It’s so hard to forget pain, but it’s even harder to remember sweetness. We have no scar to show for happiness. We learn so little from peace.” ["Diary" Chuck Palahniuk]

W opozycji do gonienia za szczęściem – zobaczenie, dostrzeżenie go w teraźniejszości. Wdzięczność za dotychczasowe dary od Losu, zamiast wyszczególniać czego jeszcze potrzeba. Zastąpić zamykanie się na ludzi, spodziewanie się najgorszego, budowanie muru wokół siebie otwarciem serca, wiarą w dobre intencje, budowaniem odporności na zranienie. Tyle wygrać ;)

Z początkowego nastawienia „nie wolno mi się zaprzyjaźniać z tymi ludźmi” coraz bardziej wsiąkam w myśl „chcę tu zostać”. Lubię ludzi z zespołu, do którego trafiłam, drobne uprzejmości, miłe gesty z ich strony niesamowicie grzeją mi serducho. Nawet jeśli moje nastawienie zdecydowanie przewyższa ich sympatię wobec mnie – I don’t care, już przyzwyczaiłam się do swojej skali uczuć, emocji i nieadekwatności otoczenia do niej ;)

Mimo powyższego, moja wyobraźnia nadal potrafi mnie zaskakiwać. Z powodu zastoju w ‘byciu odważną w kontaktach’, wymuszonego nieobecnością Obiektu Odwagi, sny poszły w stronę nadinterpretacji, mocno optymistycznej wizji „co się może zdarzyć”. Z jednej strony przeraża mnie, że potrafię, choćby i tylko podświadomie, wyprodukować w mojej głowie, śmiałe wizje normalnego życia u boku kogoś specjalnego – helloł, ile to generuje okazji do bycia zranionym i to w jak wielkim stopniu? Z drugiej zaś strony – i tego trzymać się trzeba – cieszy mnie niezmiernie, że pomimo obaw przed zranieniem (i łączącą się z tym niechęcią do podejmowania ryzyka)  potrafię wyobrazić sobie szczęśliwe życie z kimś, podjęcie tego ryzyka i (właściwie) niedopuszczanie, zarówno w mojej głowie jak i w ogóle, do ewentualnego zranienia. Mało korzystam z wizualizacji, ale to akurat jest coś, co warto zapamiętać na przyszłość.

Łapię się na tym, że brakuje mi kontaktu z moimi znajomymi. Wyjścia gdzieś, pogadania na tematy mniej lub bardziej poważne. Wspólnego przebywania. Swobodnej wymiany myśli, dobrej atmosfery. Trochę się czuję zaniedbana w tym aspekcie, bądź co bądź z ludźmi z pracy dopiero się „docieram”, to wciąż początki znajomości. Jakkolwiek to nie zabrzmi, marzy mi się psychiczne „dopieszczenie” przez znajomych, odprężenie myśli, odpoczynek od triady ‘mgr-praca-staż’, spotkanie bez poczucia bycia atakowaną. Może i wybiegam mocno do przodu, zarówno czasowo jak i w zakresie chęci drugiej osoby, ale mam cichą nadzieję, że cokolwiek z tego uzyskam na spotkaniu z Obiektem Odwagi. Chyba, że w międzyczasie wpadnę na pomysł, przy kim innym mogłabym zaspokoić te pragnienia.

i znów co nieco o strachu

Trafiłam dziś na zastępstwo na sekretariat. Coś, czego nie robiłam od poprzednich praktyk w urzędzie, czyli od ok. 1,5 roku ;) Oczywstym więc było, że mój organizm zareagował stresowo, czymś na kształt paniki. Która zeszła ze mnie mniej więcej dopiero teraz (wieczorem), rozładowana skubaniem skórek (tak, wiem, że to niezdrowe, nieestetyczne i w ogóle fu. Staram się pilnować, ale nie zawsze mi się udaje ;/). A jutro znów zastępstwo. Już się boję o moje dłonie o.O

Dobra, a teraz nieco poważniej.

Jestem świadoma źródeł tej paniki, stresu. Wciąż jeszcze siedzi we mnie swoisty przymus spełniania oczekiwań innych, aby nie przestawali mnie lubić/ kochać (zależnie od stopnia relacji). To nie tyle praca nad zarobieniem na ową atencję, co ciągłe pilnowanie się i niedopuszczenie do utraty sympatii. Wciąż jeszcze słyszę ten głosik, który szepcze: „Musisz być perfekcyjna, idealna”. Pracuję nad zmianą tych schematów myślowych, przełożenie z „wiem” na „czuję”, pozbyciem się tego odruchu, wyłączenia tego głosu. Idzie to w swoim własnym tempie, więc co jakiś czas zdarzają się potknięcia, odruch przemknie się poniżej radaru. Czasem powtarzanie sobie, że nie mam powodu do stresu, dam sobie radę, mam prawo do popełniania błędów pomaga, wycisza organizm. Nadal nie chcę dać plamy, ale jednocześnie wszelkie ewentualne potknięcia skwituję „przepraszam. popełniłam błąd/ dałam plamę/ nie wiedziałam.” i włożę to do szufladki „nauka na przyszłość”. Nie ma tragedii, ujmy na honorze, pomyłki zagrażającej życiu. A są dni – jak dziś – gdy powtarzanie, owszem, wycisza organizm, nie widać tego stresu po mnie, ale w środku odliczam minuty do zakończenia zadania, męczę się, czekając na koniec. Bo wolałabym nie robić, by na pewno nie popełnić błędu. Mimo, że wiem, że nie ma(m) się czego bać, to pozostaję pod wpływem stresu wynikającego z obaw związanych z oczekiwaniami.

Autorka bloga spokojna-noc opisała, wg mnie bardzo trafnie, różnice między wyzwaniem, a oczekiwaniem. Szczególnie dotknął mnie fragment dotyczący odczuć po wykonaniu zadania. Jeśli to było wyzwanie, to czujesz się wewnętrznie silny, masz poczucie zyskania czegoś, satysfakcji. W przypadku oczekiwań przede wszystkim czujesz ulgę, że „już po wszystkim”, pragnienie odpoczynku i odrobiny spokoju. Myślę o tym jak reagowałam na pewne rzeczy, końce etapów w moim życiu i przykro mi dochodzić do wniosku, że wiele z nich było przede wszystkim oczekiwaniami. Cieszyłam się, że mam to za sobą, ale nie czułam tej mocy, motywacji, jaka potrafi płynąć z dokonania czegoś.

Na całe szczęście nigdy chyba nie jest za późno na wprowadzanie zmian. Jak kiedyś sama gdzieś napisałam – „czas sobie wyśnić nowe marzenia”. Bo też zdaję sobie sprawę, że w mojej przeszłości nie było zbyt wielu zadań które stanowiły by dla mnie prawdziwe, poważne wyzwanie, były trudniejsze niż inne, dotychczas. Jasne, przykładowo, studia miały swoje ciężkie momenty (fizyka -.-), ale patrząc ogólnie nauka, przygotowania się do egzaminów, są czymś co przychodzi mi dość łatwo, odnajduję się w tym. A w wyzwaniu chodzi przecież m.in. o przesuwanie swoich granic, sięganie dalej.

Ostatnio w trakcie luźnej rozmowy z S., przy powrocie z ćwiczeń, opowiedziałam o spadku humoru z powodu  trudności w UP odnośnie uzyskania stażu. Zakończyłam stwierdzeniem, że jakoś to rozwiążę, nie wiem jeszcze dokładnie jak, ale ‘sprawię, że zadziała’. Riposta S. – „Oczywiście ;] Kto da radę, jak nie Ty! ;)”. Przyznam, że mnie troszeczkę zamurowało. Nie zdawałam sobie sprawy, jak to hasło wryło się w umysły moich znajomych – jak często w takim razie musiałam je powtarzać. Pozytywna myśl – fajnie wiedzieć, że ktoś w Ciebie wierzy. Łyżka dziegciu – mam poczucie, że wciąż jeszcze moi bliscy wierzą we mnie bardziej niż ja sama w siebie ( a ta myśl to, niestety, świetna pożywka dla ‘strachu od oczekiwań’). Ale znów pozytywnie – na szczęście prawdziwie wierzę w to, że dam sobie radę, uda mi się (bez konkretów, tak ogólnie). Może nie zawsze od razu, może z potknięciami po drodze, ale się uda. Cieszy mnie też, że to już nie jest postawa frustracji, zawziętości („ja wam pokażę!”), ale spokojne przekonanie, że dotrę do celu.

A co do strachu…

1. Dopóki się rozwijam, strach zawsze będzie mi towarzyszył.
2. Jest tylko jeden sposób na pozbycie się lęku przed zrobieniem czegoś – iść i to zrobić.
3. Tylko wtedy polubię siebie, kiedy ruszę się… i to zrobię
4. Nie tylko ja odczuwam strach, kiedy wkraczam na nowy teren, każdy go odczuwa.
5. Przedzieranie się przez barierę strachu jest mniej przerażające niż życie w ciągłym lęku, płynącym z bezradności
[
http://flandra.wordpress.com/2012/05/21/5-prawd/
za:„Nie bój się bać” Susan Jeffers,]

Może punkt 3 bym inaczej sformułowała, ale w gruncie rzeczy zgadzam się z przytoczonymi zdaniami.

Nie chodzi o to, by wyzbyć się strachu. Recz w tym, by go wciąż i wciąż pokonywać.

I jest to wyzwanie, które jestem zdecydowana podjąć ;)

czego się boisz, mała?

Miała tu być długa, osobista notka o strachu. O tym czego się boję, od jak dawna, jak sobie radzę z tym strachem.

Nie mam jednak dziś ochoty rozgrzebywać tego. Nie o to (mi) chodzi.

 demot: to czego pragniesz jest po drugiej stronie strachu

Znów dopada mnie strach przed odrzuceniem, blokuje przed podjęciem działania, zadaniem pytania. Bezpieczniejszą opcją wydaje się nie robić nic, zostawić kontakty, relację na obecnym etapie. Nie jest źle, więc jest dobrze, tak?

Nie. Bo będę sobie pluła w brodę, że nie spróbowałam. Bo każdy się boi, nie chce zostać odrzucony, czy wyjść na głupka, więc też nie robi nic.Bo mogę przegapić możliwość pogłębienia relacji, a w najgorszym wypadku będę miała pewność ‘na czym stoję’.

Bo nie mogę cały czas być wycofana, zachowywać bezpieczny dystans. Tzn. mogę, ale nie chcę *_^. Najlepsze, najżywsze, najmilej wspominane chwile, to te, gdy byłam zaangażowana, szczera, gdy nie bałam się być sobą. Gdzieś po drodze to zgubiłam – zastąpiłam swoistą brawurę ostrożnością. Niby wyszło mi to na plus, ale ostatnio wydaje mi się, że jednak nie do końca.

Póki co mogę się zasłaniać tym, że mam pilniejsze rzeczy na głowie, jeszcze trochę odwlekać podjęcie konkretnych działań. Ogarnąć jedno, zanim rozgrzebię znów sprawy osobiste. Ale nie mogę odwlekać w nieskończoność. Życie nie spowalnia tylko dla mnie, bym mogła zrealizować plany w idealnych okolicznościach.

Skoro stwierdziłam, że ten konkretny problem chcę w pewien sposób rozwiązać (skoro inne wyjścia nie działają/ przestały działać), to dalsza ścieżka jest wyraźna. Nie dowiem się, czy mam rację wybierając to rozwiązanie, jeśli nie spróbuję.