Ain’t it fun? living in a real world

Półtora roku temu, w okolicach ćwierćwiecza, miałam niezłą fazę na dorastanie. Bliskość i cyferka urodzin prowokowały swoiste poczucie winy, że nie spełniam niepisanych wymagań kulturowych/ społecznych – bez pracy, z niedokończonym magistrem, bez faceta, reagująca emocjonalnie jeszcze trochę niewspółmiernie do bodźca. Ale jeden z komentarzy Consa dał mi nieco do myślenia – dlaczego chcę dorosnąć? co jest moją motywacją, o co mi w tym chodzi?

Od trzech tygodni jestem na stażu w urzędzie, tam, gdzie planowałam zdobywać doświadczenie. Wciąż jeszcze przestawiam się na codzienną rutynę wczesnego wstawania po miesiącach luzu na bezrobociu, szczególnie, że często wracam dość późno domu, zaliczając w międzyczasie spotkania ze znajomymi czy inne interesujące eventy. Tak więc jest praca, magister obroniony kilka miesięcy temu, nad emocjonalnością pracuję „dla samej siebie”, z „parcia na związek” się też ‘wyleczyłam’, wierząc, że „będzie co ma być” i otwierając się po prostu na innych ludzi.

Czyżbym dorosła? ;)

„Be the change you wanna see in this world”

 

Ostatnio znów dopadła mnie zazdrość. W pierwszym odruchu – o Chłopaka z Gitarą. Że ona lepsza, fajniejsza, lepiej tańczy etc., etc. Ale po zeskrobaniu tej wierzchniej warstwy, która wynika z mojej niepewności i bezradności wobec cudzych wyborów (etc., etc. ;) ) dotarłam do sedna tego uczucia.
I nie chodzi o ChzG, bo życzę mu jak najlepiej, nawet jeśli jego szczęście nie jest związane ze mną.
Czułam zazdrość o JEJ pewność siebie. Nieprzejmowanie się światem i jego opinią, odwagę bycia sobą, ze wszystkimi humorkami jakie za tym idą. Zazdrościłam jej, bo też tak chcę. W końcu przestać się przejmować, co ludzie powiedzą, co sobie pomyślą. People who matter will stay no matter what.

 

Nadal zdarza mi się iść starymi koleinami – czekać, aż druga strona się domyśli o co mi chodzi (powodzenia, zdążę chyba wpierw osiwieć), gryźć się w język, by nie powiedzieć czegoś niewłaściwego (pytanie – niewłaściwego wg kogo?) i jednocześnie mieć do siebie samej pretensje, że nie jest tak, jak bym chciała, że źle się czuję w swojej skórze po takich sytuacjach.

Cóż, zmiany trwają. Ponoć skuteczna zamiana starego nawyku na nowy, czy w ogóle wprowadzenie nowego nawyku, zachowania, trwa około miesiąca systematycznego powtarzania. Just be patient.

 

Wiem, jak to jest, gdy próbuje się nagiąć świat do siebie. Niejako zmusić innych, by sami wychodzili z inicjatywą, chcieli dbać o mój tzw. wellbeing, a sytuacje rozwiązywały się wg mojego widzimisię. Tyle czasu, tyle energii, a wiadomo na jaki wynik jest skazana taka walka.

Ale lepiej późno niż wcale.

Jestem o kogoś zazdrosna? Przekierować energię tej emocji na motywację do improving myself (zamiast dołowania się i wyszukiwania wad). Samej podejmować inicjatywę, jeśli chcę, by coś się zadziałało, przypominać się innym ludziom, jeśli chcę by o mnie pamiętali. Stres przed ważną rozmową, egzaminem zmienić w determinację do osiągnięcia celu (wszak stresuję się, bo mi zależy).

Nie nagnę świata do mojej woli.

Ale mogę zmieniać samą siebie, swoje otoczenie, swoje zachowania.

 

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz śmiałam się z dziewczynami z Babińca, czy z harc-znajomymi. Na którejś imprezie urodzinowej? Rok temu? Brak kontaktu też tu oczywiście gra rolę, ale nie tylko.

Ostatnio śmiałam się w środę. Czyjś uroczy gest i skojarzenie z nim związane. Taniec aż do zadyszki (trzeba popracować nad kondycją ;) )w atmosferze pełnej uśmiechów.

Jesteś wojownikiem, Clarice. Możesz być tak silna, jak tego chcesz. (…)
Brzydziła się zamiarami Masona. Brzydziła się cichym przyzwoleniem na to ludzi, którzy przysięgali strzec prawa. Taki jest ten świat.

Świat nie musi być taki na wyciągnięcie moich ramion.

Zdała sobie sprawę, że stoi na stołku w garderobie i wyciąga do góry ręce.”
T. Harris Hannibal (pogrubienie własne)

K. znów zauważa, że za dużo myślę, nadinterpretuję, analizuję. Zgadzam się z nim, sama to widzę. Więc czas działać. W końcu wiosna, a ja z wiosną ZAWSZE odżywam na nowo.

“Live out of your shell! Shell you?”

It’s not my little life that you want to share,
I was not enough too many times
and now I’m scared.
I have built a solid wall
it was so many years ago,
now you’re cracking it.


It’s not my little world that you want to see
I am nothing, so there’s nothing
to surprise you with.
When you look at me that way, it falls to dust
and I don’t care,
you’re taking over me

my heart is pounding in its cage
and I can’t make it stop again.
My heart, colder than a stone.

(…) [ Karolina Kozak, Dawid Podsiadło Heart Pounding]

 

Ile razy słyszę w słuchawkach te wersy, serce na chwilę przyśpiesza, bo mogłabym się podpisać obiema łapkami pod tekstem. Jeszcze jakiś czas temu – przede wszystkim pod słowami o strachu, poczuciem bycia not enough. Ostatnio – również przy części na temat budzenia serca, uczuć na nowo do życia.

Bo postanowiłam znów podjąć ryzyko, otworzyć się. Jasne, sytuacja z D. zostawiła swoje ślady, mocno stępiła moją ufność (by nie rzec „naiwność”), rozdmuchała obawy, lęki przed porzuceniem.
Ale wciąż pamiętam, jak potrafiłam odsunąć od siebie te strachy, choćby na jakiś czas. Relacja z K.P. czy M.G. na studiach inżynierskich. Wyznania wobec K., kilka prób „podrywu”. Internetowe znajomości z Panem Manchesterem, Hipertroficznym czy Odynem. Mimo strachu, panicznych myśli w stylu „co on sobie pomyśli? wystraszę go. zerwie kontakt. zostawi mnie” – stwierdzałam, że warto podjąć ryzyko. Nie zawsze wychodziło, ale świat się nie kończył.

 

Teraz znów mam możliwość dopuścić kogoś bliżej. Jest ktoś, dla kogo moje „krótko, zwięźle” o emocjach widzi tym, czym to jest  - pilnowaniem muru, by z wewnątrz nie wyciekło za dużo. Kto nie ma nic przeciwko „więcej”.

A ja, po raz pierwszy od dawna, chcę dać więcej. Chcę dać się poznać, niezależnie od tego, dokąd nas to zaprowadzi. I sama też oswajać, być dopuszczoną coraz bliżej. Bez „chodzenia na skróty”, prób przeskakiwania pewnych etapów. I want this thing to work. Więc strachy na bok. Bez kręcenia, zbytniego owijania w bawełnę. Nikt nie czyta w myślach. A można jedynie jeszcze bardziej namotać.

 

 

Jeden ktoś nadłamał mur, zrobił wyrwę. Ale są też inni, którzy mimowolnie sprawiają, że sama chcę zdjąć „emocjonalny pancerz”. Którzy swoją otwartością, życzliwością skłaniają do tego, by zareagować tak samo. Więc odkopuję powoli tą część mnie, którą schowałam głęboko, gdy zabolało za bardzo.

(…) But I will run until my feet no longer run no more
And I will kiss until my lips no longer feel no more
And I will love until my heart it aches
And I will love until my heart it breaks
And I will love until there’s nothing more to live for.

And I will love until my heart it aches
And I will love until my heart it breaks
And I will love until there’s nothing more to live for.

[Amy Macdonald Run]

 

Kiedyś taka byłam na co dzień. Może nieco zbyt emocjonalna, ale prawdziwa. Szczera wobec siebie i innych w uczuciach. Angażująca się w pełni, nie na „pół gwizdka”, zbyt przejęta możliwością porażki.

Co jakiś czas podejmuję próby „powrotu do dawnej mnie”. Czasem się udawało na jakiś czas, aż do najbliższego kryzysu, gdzie stare nawyki, obawy brały górę.

Baby steps. Powoli, ale skutecznie. Nie wszystko od razu.

Come what may. In it’s own time.

Once

„Tytuł filmu [Once, 2006]odnosi się do wielu utalentowanych artystów, których znał reżyser John Carney i którzy odłożyli karierę na później, mówiąc ”gdy tylko” („once„) wszystko dobrze zorganizują, zaczną występować. Jednak nigdy nie powiodło im się, bo czekali zbyt długo. (…)” [http://www.filmweb.pl/Once/trivia]

 

Powodów może być wiele. Perfekcjonizm, strach przed porażką, kombinacja tych dwóch cech, inne rzeczywiste, wyolbrzymione lub wymyślone bariery. Zawsze, kur*a, coś. Wiele rzeczy potrafimy odkładać na później, sądząc, że mamy czas, jeszcze zdążymy.

Ale czas ucieka.

 

„Głupota jest jedną z dwóch rzeczy, które najlepiej widzimy z perspektywy czasu. Drugą są stracone okazje.” [S. King „Dallas ‘63”]

Łatwo powiedzieć – żyj tak, byś niczego nie żałował – trudniej z praktyką. Lata poczucia winy, zastanawiania się co mogłam zrobić lepiej, jak mogłam inaczej postąpić na szczęście już za mną. Przeszłości nie zmienię. Mogę za to zmieniać siebie, swoje zachowanie, uczyć się na błędach. Podejmować to codzienne ryzyko, że coś się może nie udać.

 

Nie żałuję tych dwóch marcowych tygodni. To, że aktualnie mam jeszcze większy mętlik w głowie w porównaniu do stanu „przed”, to wynik tego, że nie pozbyłam się jeszcze wszystkich starych, niedziałających schematów, a w głowie kłębi się mnóstwo nowych przemyśleń, uczuć. Stare nawyki kontra otwarcie się na coś nowego – potrzeba tu czasu, konsekwencji w zmianach. Nie mamy już 16 lat -możemy sobie pozwolić na więcej. Ale też – mechanizmy wypracowane wtedy niekoniecznie mają nadal zastosowanie. Znam siebie, wiem, że często brakuje mi na tym polu cierpliwości, tak łatwo jest wpaść w stare koleiny. Ale wiem, że mogę, że potrafię inaczej.

My body is a cage
That keeps me from dancing with the one I love
But my mind holds the key

[https://www.youtube.com/watch?v=dTZQ2IB_x7c]

Dużo czasu spędziłam na marzeniach. Trzymaniu się wizji, że gdzieś tam, w świecie, jest ktoś, kto zrozumie, będzie cierpliwy, pokocha. Once He come, I will finally be happy. Potem, kilkanaście mądrych artykułów później, dotarłam do wniosku, że niektóre emocjonalne dziury trzeba samemu zapełnić, bo nikt tego nie zrobi, nikt nie ma aż takiej siły, mocy, by uczynić to w takim stopniu, w jaki byśmy pragnęli. Ale i tak czekałam. Czekałam i bałam się, że gdy przyjdzie, to nie na długo, że jednak nie wytrzyma, straci cierpliwość. Bo znów będę w jakiś sposób za bardzo.

Nadal się boję. Pracuję nad tym, by nie był to paniczny strach, by nie cofać się do emocji, jakie towarzyszyły mi po D. Skoro przetrwałam tamto porzucenie, wydobyłam się z żałoby sprzed dwóch lat – wiem, że dam sobie radę. Wiem też, że najwięcej krzywdy mogę sama sobie zrobić – nakręcając się, snując negatywne scenariusze sama popycham się wgłąb czarnej dziury.

I że mogę postąpić inaczej, mogę zmienić swoje postępowanie. Otworzyłam się na szansę związku. Może trochę za wcześnie (jeszcze zbyt wiele supełków emocjonalnych), może nie w czas. Ale nie żałuję. Coś się we mnie dzięki tej relacji otworzyło, zmieniło. Na lepsze.

 

Wiem, że niektóre rzeczy, sprawy potrzebują czasu. Czasem bierzemy się za coś za wcześnie, niegotowi. Zmiany wymagają powtarzania, systematycznego wprowadzania nowych nawyków. Potrafię być cierpliwa, czas to też zastosować do sfery emocjonalnej, pracy nad sobą.

Nie ceni się tego, co łatwo przychodzi.

No one writes songs about the ones that come easy.

„Say something, I’m givin’ up on you”

7.02.

Blog miał być w tym roku zapisem zmian na lepsze. A pierwsze, co zapiszę tu, jest raczej potknięciem, powrotem do schematów niż krokiem ku nowemu ;| Chociaż… Tym razem dość szybko uświadomiłam sobie, że idę w schemat. I weszłam w niego z pełną świadomością – oraz brakiem pomysłów (ale i chęci, bądźmy szczerzy) na inne zachowanie w zaistniałej sytuacji. Więc może jakaś zmiana jednak jest? Jak dotąd uświadamiałam sobie według jakich mechanizmów postępuję dopiero gdzieś „w połowie” całego procesu, lub nawet i „po fakcie” („racja, I did it, again”). Reakcje były odruchowe. Tym razem wybrałam, że właśnie tak się zachowam.

 

A jak się zachowuję? Ponownie się odsuwam od innych, nie inicjuję kontaktu, zamykam się w sobie. Od jakiegoś czasu kipi we mnie rozżalenie, poczucie odrzucenia/ odstawienia na boczny tor, wymieszane z chęcią bycia przytuloną, jak również i frustracją, że nie ma(m) nikogo, do kogo chciałabym i mogłabym się przytulić, poczuć trochę tego namacalnego wsparcia. Ale nie mówię na głos o tych emocjach, nie dzielę się nimi. Z jednej strony – bo cóż na to można poradzić? narzekanie nie zmieni sytuacji, a nie jestem pewna, czy czuję się na tyle odważna (hello again lęku przed odrzuceniem, porażką), by dać znać tym, wobec których czuję rozżalenie, że chciałabym, by się trochę bardziej zaangażowali w relację. Z drugiej zaś strony – odczuwam niechęć przed zwierzaniem się pewnym osobom. Nie mam ochoty słuchać kolejny raz nadmiernej krytyki na mój temat. Jasne, przyjaźń nie polega na tym, by się jedynie głaskać po główkach, och i ach jakie my cudowne, ale też nie przesadzajmy. Sytuacja nie jest dobra już jakiś czas, moje dalsze przemilczanie raczej jej nie poprawi. Więc głęboki oddech, mieć w głowie zapamiętane co jest sednem problemu i porozmawiać. Pasywno-agresywne zachowania (które mam w repertuarze) tu nic nie dadzą, zresztą nie to to też chodzi, by kultywować szkodliwe (m.in. dla mnie) zachowania.

 

Chodzenie na IS stanowi w kontekście angstu „my old friends don’t care enough” swoiste ‘utrzymywanie się na powierzchni’, nie pozwalanie, bym całkowicie zjechała w czarną dziurę. Wchodzę w towarzystwo z „czystą kartą”, dopiero poznaję innych i sama daję się poznać. Mam możliwość uzyskania świeżej, odmiennej reakcji na moje zachowania, jak również mogę wchodzić w te relacje świadomie, nie wykorzystywać negatywnych schematów. Nie mam tu na myśli kreowania się, pokazywania „tylko dobrej strony”. Chodzi mi o to, by nie popełniać dotychczasowych błędów. Specyfika spotkań pokazuje też mi, że inicjatywa leży w równej mierze po mojej stronie. Czy przyjdę, czy sama zainicjuję kontakt. I o ile w „starych” relacjach mam problem z tym, że to ja pierwsza zwykle proponuję kontakt, spotkanie (ile można być jedyną aktywną stroną?), tak tu, na IS, (jeszcze ;)) mi to nie przeszkadza.

 

dziś

 

Kwestia „zgniłego jaja” nadmiernego krytykanctwa, zamiast zostać rozwiązana we wtorek, wybuchła mi wczoraj w twarz. Więc były emocje na wysokim poziomie. Był wkurw, płacz i smsy z prośbą o pomoc w pozbieraniu mnie z powrotem do kupy, bo się rozkleiłam z żalu i wściekłości.

Dziś jest przede wszystkim smutek, że znów nie rozumieją mnie osoby, które powinny być mi bliskie. Już przechodziłam przez próby wytłumaczenia o co mi chodzi, gdzie leży problem, mam za sobą porażki na tym polu, ale i drobne sukcesy. Ale czuję się zmęczona tym, że muszę znów walczyć o zrozumienie, że czuję się zmuszona znów bronić swojego prawa do tego, jak się czuję. Nie zamierzam zupełnie odpuszczać, ale nie zamierzam tkwić w dotychczasowym układzie. Something’s gotta change. Więc przedstawię swój punkt widzenia, tak jak odczuwałam sytuacje. Może uda mi się dotrzeć, przekazać o co mi chodzi, zostać zrozumianą. We’ll see.

 

Wiem, że nie jestem idealna (kto jest?). Sama widzę, że są aspekty, nad którymi przydałoby mi się popracować, by poprawić swój komfort życia. Najprościej (ale i zarazem bardzo trudno) jest zmieniać samego siebie, zamiast próbować nagiąć otoczenie do swoich życzeń. Ale też trzeba umieć rozeznać, kiedy dobrze się zmieniać, a kiedy lepiej odpuścić.

to tylko zmiana daty ;)

*

Drobne zmiany na blogu – zniknęło kilka wpisów, nowy szablon – bez archiwum, prostszy, oszczędniejszy. Częstotliwość notek też ulegnie zmianie – będą rzadziej, dość długie, wyważone w opisie i nastroju. Chcę,  by blog stał się zapisem pozytywnych zmian, jakie zamierzam wprowadzić w życie, dokumentować nieco ten proces.

*

 

Ach, Nowy Rok… Wielkie plany na zmiany, noworoczne postanowienia…Moje postanowienie noworoczne? Poniżej *_^

Już od paru lat stwierdzam, że to nie Nowy Rok jest dla mnie datą skłaniającą do refleksji, formułowania planów i zbierania motywacji do zmian. Aczkolwiek „siłą nawyku” również co nieco jednak korzystam z tej daty jako pewnego punktu odniesienia, nowego początku.

Rok temu postanowiłam, inspirując się drugą częścią „Hobbita”, że 2014 będzie rokiem odwagi. Otwarcia się na nowe doświadczenia – ale przede wszystkim nowych ludzi, doznania, etc. O ile w zakresie mierzenia się z własnymi ograniczeniami i strachami mam poczucie, że nastąpił pewien progres (wzięłam się za mgr, poszłam na wolontariat, szukam pracy), to w kontekście otwarcia na znajomości , zmierzenia się ze strachem przed zranieniem – poległam. Bo choć z jednej strony kilka razy przełamałam swój strach – rozmowa z K., zaproszenie J. na kawę – to była też relacja, która uruchomiła wiele wątpliwości, obaw. Szczęście w nieszczęściu, że większość tego szarpania się odbywała się głównie w mojej głowie lub na kartach pamiętnika. Tak więc: otwieranie się na nowe relacje – robiłam to źle.

 

 

Główny motyw na nadchodzący rok? Doprowadzać sprawy do końca. Zapisywać plany, wraz z wytycznymi jak osiągnąć cel, by nie dać się rozproszyć gdzieś po drodze.

Ale też nie bać się wyzwań – ruszyć po przygodę, tak jak marzyłam dwa lata temu. Mieć odwagę, by to zrobić, ale też by nie zamykać się przed doświadczeniami, jakie oferują poznani ludzie. Cały czas wychodzić z tej skorupy, którą wokół siebie stworzyłam.

„So, go. Just go, and for fucks sake, live out of your shell!

Shell you ?” [cons]

czekajac na nowy rok

Pierwsza połowa dnia spędzona na pisaniu CV, listów motywacyjnych etc. Kilka wysłanych aplikacji, kolejne czekają w kolejce. Jedna odpowiedź – zaproszenie na kolejny etap rekrutacji. Oczekiwanie na pozostałe odpowiedzi.

Praca zawsze była dla mnie jednym z obszarów, które stanowią wyznacznik tzw. dorosłości. Własne źródło dochodów, mniej lub bardziej stabilne, ale pozwalające na choćby namiastkę niezależności. Coś, co nawet bez „dorosłości w pakiecie” powinno brzmieć całkiem zachęcająco ;) Najwyższy czas porównać wyobrażenia z rzeczywistością, ruszyć naprzód, nie ma co odkładać na później, strefa komfortu nie działa wiecznie.

Wróciłam do marzeń o Szkocji. Jak na razie raczej nieśmiało, póki co porównuję wyobrażenia, wyidealizowany obraz z realnymi możliwościami. Szukam ścieżki, która mogłaby mnie tam doprowadzić. Co mogę zrobić, by móc tam zaczepić się na dłużej.

 

Coraz bliżej końca pisania mgr. Z jednej strony cieszy mnie to (kamień z szyi), z drugiej zaś jest to jednak definitywny koniec pewnego etapu, pewnej beztroski, braku znacznych odpowiedzialności. Może sama obawa „czy dam radę? czy sobie poradzę?” nie jest czymś, co mnie wyróżnia, mam jednak wrażenie, że większość moich znajomych jakoś lepiej, sprawniej sobie poradziła. Kwestia pewności siebie? Pozytywnych splotów okoliczności? Wymagania, potrzeba sytuacji? Czymkolwiek to było, mam nadzieję, że i mi uda się trafić, znaleźć odpowiedni moment i zmiana się dokona ;)

 

Jak już nieraz wspominałam, przełom roków nie stanowi dla mnie linii granicznej, przy której należy dokonać jakiś podsumowań, zaplanować zmiany. Można to zrobić zawsze. Niemniej jednak widzę, że powoli kształtują mi się pewne założenia, plany na kolejny rok – które w najbliższym czasie spiszę, co by mi znów nie umknęły z głowy ;) A to, że grudzień, blisko końca roku? Przypadek ;)

 

PS. Znów mi gdzieś umknęła połowa myśli, tego, co chciałam napisać. Ale trochę demotywujące jest pisać niemalże sama do siebie, szczególnie, że na rozmowy z innymi mam też inne formy komunikacji. Z drugiej zaś strony potrzebuję interakcji z kimś, zobaczenia moich myśli, odczuć w cudzych oczach. Pamiętnik tego nie daje.
Więc nadal piszę. Ale zapewne będzie to coraz rzadsze. Cóż, życie.

„listopad to zbiór poniedziałków z całego roku” [kwejk.pl]

„Clay lies still, but blood’s a rover;
Breath’s a ware that will not keep.
Up, lad: when the journey’s over
There’ll be time enough to sleep.”
[A. E. Housman, IV. Reveille]

Bezruch, bezradność, bezwład. Kilka słów, których znaczenia nie znoszę, szczególnie, gdy się mi przytrafiają. Słowa, które krępują ręce, grzebią własną decyzyjność, ściągają w dół. Szczególnie łatwo teraz, w listopadzie, przy coraz wcześniejszym zmroku, ciemność ma łatwiejszy dostęp do tych spraw, które martwią, które spychamy gdzieś w kąt.

Ale od dna można się odbić.

Ciemność rozproszyć światłem.

Sprawy rozwiązać. Zadawać pytania, szukać odpowiedzi.

 

 

„glina to bezruch”

Siedzenie w domu, nawet jeśli cokolwiek produktywne (pisanie sami-wiecie-czego) nie działa na mnie dobrze. Nie narzuciwszy dniom struktury, czegoś więcej niż ramowy plan, łatwo o lenistwo, demotywację i poddanie się negatywnym myślom, czy angst na samą siebie i świat, że jest jak jest, wolałabym inaczej, ale coś słabo mi idzie robienie, by było inaczej (i znów angst, ze się za mało staram).

Ech…

Całe szczęście, że rozmyślania przerywam, a poddawanie się myślom zamieniam na zapisywanie ich w nieco lepszej formie i w bardziej pożądanym temacie. Na niską produktywność i zżymanie się z tego powodu jeszcze nic porządnego (niestety) nie poradziłam. Ale jak to mówią – cuda robimy od razu, na rzeczy niemożliwe trzeba trochę poczekać.

 

Rozmowa pomaga. Tak jak zapisywanie planów, pomysłów. Te ostatnie zarzuciłam jakiś czas temu (why? I can’t recall), co wydaje mi się być wystarczającym współpowodem mojego aktualnego miotania się, pewnego rodzaju niepokoju i niewiedzy. Wiedziałam, ale nie zapisałam i zapomniałam. A w międzyczasie oddaliłam się od samej siebie, wpadając BTW w stare koleiny, że nie wychodzi mi przywołanie ‘od ręki’ pomysł w stylu „co dalej, o co mi chodzi, którędy teraz”. Nawet jeśli one gdzieś tam we mnie są.

Czas poszukać. Ewentualnie dopisać nowe. Ponoć nawet naukowo dowiedziono, że łatwiej jest się trzymać planów, skuteczniej się je realizuje, jeśli się je ma gdzieś zapisane. Bo ze szczegółowe rozpisanie pomaga w realizacji, to wiem, zwłaszcza, że jestem typem osoby, której szybciej idzie praca z instrukcją/ harmonogramem pod ręką.

 

Przełom miesięcy sponsorowały słowa takie jak: stres, miotanie się, panika, porażka, zwątpienie oraz wsparcie i docenienie wsparcia. Mogłabym powiedzieć – po fakcie, znając wynik naboru na stanowisko pracy – że miałam rację, że cały ten stres i panika przed to była próba poinformowania mnie przez mój organizm, że to zły pomysł, że nie powinnam. Jest to jedna z dróg interpretacji. Ja jednak obstaję przy tej, gdzie była to raczej manifestacja tego, że mi zależało, że bardzo nie chciałam skrewić, a nie czułam się wystarczająco przygotowana (good enough), by być pewna dobrego wyniku. Gdy bardzo boisz się porażki, wolisz czasem nie podejmować próby. Wtedy nie ma żadnych szans, że ci się nie uda, nikogo właściwie nie zawiedziesz, bo porażki brak.

Ale w którymś momencie zaczynasz widzieć samo niepodejmowanie prób jako porażkę. W końcu przecież szansa na powodzenie to teoretycznie aż 50%, a to przecież dużo. Masz poczucie, że coś cię omija, na twoje własne życzenie, przez twoje własne obawy i decyzje. Przeszkadza ci to – choćby z trywialnego powodu, że od ciągłego słuchania zewsząd „you can do it! go for it!” zaczynasz (niemalże jak przez osmozę) nasiąkać przekonaniem, że możesz, że warto próbować, w końcu porażki to też nauka.

Czasem trzeba zrobić krok do tyłu – to się wtedy nazywa rozbieg ;)

Zgodnie z sugestią K., jak również i własnego organizmu, zrobiłam sobie przez jakiś czas wolne. Na kilka dni porządnie zwolniłam, przynajmniej pod tym względem zadbałam o siebie, że nie wymagałam od siebie dużo, nie przymuszałam się do pracy. Potrzebowałam tego. Jedyne, co mogłam wtedy zrobić cokolwiek lepiej, to skorzystać z tamtego „czasu dla siebie” i poszukać odpowiedzi, spisać plany, wnioski z poniesionych porażek. Ale co się odwlecze, to nie uciecze.

 

 

krew to włóczęga”

Krew póki co stygnie. Staram się nie poddawać jesiennej chandrze, ukrócam negatywne myśli i przypominam sobie, że mam zadanie do wykonania. Negatywna motywacja lepsza niż żadna motywacja. Romansowo bez zmian, kilka nawyków trzyma się mocno, ale pracuję nad ich wykorzenianiem. Idzie zima. Pozwalam, by ten niepokój, jak cały czas krąży w moich żyłach, uspokoił się, zapadł w coś na kształt letargu. Nie jestem fanką zimy i choć coś we mnie cały czas krzyczy „rusz się, zrób coś”, to nie zamieniam tego na wędrówki, czy jakieś wyjazdy, czy inne spontaniczne lub pełne zaangażowania czynności. Jedynym ujściem póki co jest pisanie. Chwilowo nie czuję się wystarczająco „na siłach”, by samej realizować niektóre z zainteresowań. Jasne, że brak towarzystwa nie powinien mnie blokować (w końcu na pokazy NTL chodzę ostatnio sama), tego jestem świadoma, ale chyba jeszcze jestem w fazie dawania sobie przestrzeni pod tym względem. Nie zmuszać się do czegokolwiek.

Pogubiłam się trochę i potrzebuję przede wszystkim poukładać sobie „wszystko” jeszcze raz.

jesień przyszła, nie ma na to rady

 

Po chwili uczysz się subtelnych różnic
Między trzymaniem kogoś za rękę a uwięzieniem czyjejś duszy
I uczysz się, że miłość to nie to samo, co szukanie oparcia
A czyjeś towarzystwo nie zawsze oznacza bezpieczeństwo.

Zaczynasz się uczyć, że pocałunki to nie są umowy
A prezenty to nie obietnice
I zaczynasz przyjmować swoje porażki
Z głową podniesioną do góry i spojrzeniem wybiegającym w dal
Z wdziękiem kobiety
A nie ze smutkiem dziecka
I uczysz się budować wszystkie swoje drogi na tym, co jest dziś
Ponieważ jutrzejszy grunt jest zbyt niepewny na to, by snuć plany
A przyszłość miewa zwyczaj spadać w dół w środku lotu.

Po chwili uczysz się, że nawet promienie słońca mogą sparzyć
Jeśli padają zbyt często
Zakładasz więc własny ogród i zdobisz własną duszę
Zamiast czekać na kogoś, kto przyniesie ci kwiaty.

Uczysz się, że naprawdę możesz przetrwać
Naprawdę jesteś silna
I naprawdę możesz siebie cenić
I uczysz się

I uczysz się
Z każdym pożegnaniem się uczysz…”
[Veronica Shoffstall"After a While", pogrubienia własne]

 

Pogoda się ostatnio cokolwiek ‘zepsuła’. Chmurno, coraz chłodniej. Łatwiej o jesienną chandrę, czy coś, co nazywam „melancholią czterech ścian” – szczególnie, że znów siedzę w domu, choć właściwie mam co w tym domu robić.

Na razie jednak nie daję się chandrze ;)

Poszukiwania pracy nadal w fazie oczekiwania na kontakt / wyciągania wniosków z rekrutacji, w których nie przeszłam dalej. Zastępczy plan jest, póki co priorytetem jest dokończenie pisania i złożenie pracy dyplomowej, jak się w międzyczasie uda znaleźć pracę w zawodzie to super. Przygnębiona z powodu braku większych sukcesów póki co nie jestem.

***

Ostatnich kilka rozmów ze znajomymi z wolontariatu dało mi do myślenia. Ta z P. znów podniosła wątek pasji i jej realizowania, ale też uświadomiła mi moje swoiste wygodnictwo, powrót do korzystania z wymówek, zbytnią ostrożność. A jednocześnie mam poczucie, że marnotrawię trochę czas – choć „młodsza już nie będę”, jakie padło z moich ust w trakcie tamtej rozmowy, to spora przesada (no sorry, nawet 30 jeszcze mi nie stuknęła, bym mogła tak mówić >.<), to jest to jednak ubranie w słowa (choć przyznam, dość niedokładnie) moich przekonań (tych mniej i bardziej świadomych), związanych z tematyką realizacji pasji. że jak nie dziś, to kiedy. Jesień idzie, coraz chłodniej, można powiedzieć, że sezon na góry się cokolwiek kończy. Niemniej jednak mam w pamięci, że istnieje coś takiego jak Zimowa Watra, zawsze też można poprosić o porady bardziej doświadczonych znajomych. No i trening czyni mistrza. Więc pod rozwagę.

Rozmowy z J. z kolei bardziej oscylują wokół pracy, życiowych, pragmatycznych problemów z tym związanych (typu „skoro masz kredyt, to jednak część decyzji podejmuje się >sama<”). I to też jest dobre, bo mogę skorzystać z jego doświadczenia, zobaczyć jego punkt widzenia i w tej optyce ogarnąć własne decyzje czy plany. Dodatkowo grzeje serce wiedza, że J. ma o mnie bardzo dobre zdanie – „coś więcej niż ogarnięta i bystra, też razem wzięte” – chociaż dodatkowo nakłada to na mnie nieco presji pt. „chcę się postarać, by nie zawieść jego dobrej opinii” Na szczęście umiem tę wewnętrzną presję trzymać pod kontrolą, nie dawać się jej „zjeść” ze stresu. Za to potrafi być to niezłym motywatorem do działań, podsyca chęć bycia lepszą wersją samej siebie, sięgniecia po swój pełny potencjał ;)

„(…)Then I see you standing there
Wanting more from me
And all I can do is try
Then I see you standing there
I’m all I’ll ever be
But all I can do is try (…)
[Nelly Furtado, Try]

Kiedyś łączyłam dość mocno tę chęć zmiany, bycia jak najlepszą z zakochaniem, czy (górnolotnie i trochę chyba przesadzając) z miłością. Z tym, że wtedy bardzo mocno się to łączyło z moim niskim poczuciem własnej wartości. Chciałam się zmieniać dla kogoś, by być docenioną, zauważoną. To nie był ten motywator, o którym czytałam w artykułach, czy o którym mówi bohater „The Notebook” N. Sparksa – “The best love is the kind that awakens the soul and makes us reach for more, that plants a fire in our hearts and brings peace to our minds (…)”. A gdy dopuściłam do siebie myśl/ świadomość, że miłość, której tak pragnęłam, jest już wokół mnie, chociaż w innych formach, niż ta, za którą tęsknię – zaczęłam czerpać ten dobry motywator z kontaktów z przyjaciółmi. Wciąż jeszcze zadziwiają mnie i w pewien sposób onieśmielają komplementy ze strony przyjaciół czy osób z którymi się kumpluje, szczególnie te mówione nie wprost, pokazujące, że wierzą oni we mnie czasem bardziej niż ja sama. Więc nie chcę zawieść tej opinii, ale też okazać się jej godna, a także choć trochę stać się takim motywatorem dla innych, jakim oni są dla mnie.

„Read, laugh, travel, love, listen, explorer, write. Live.”*

* Shanti (via travel-as-a-happy-hippie) (via deathbynature)

 I znów wpadłam w tzw. międzyczas. Stan, gdzie zmiany powoli się dokonują, ale jeszcze nie widać ich efektów. Stan, w którym odczuwam ten pozytywny niepokój, tę motywację do działania. Coś by się zrobiło.

Tylko co?

The things you are passionate about are not random, they are your calling” – Fabienne Fredrickson

To trochę pochodna pytania M. z ostatniego spotkania o hobby. Czuję w sobie chęć, motywacje do działania, wprowadzenia zmian. Kłopot jednak w tym, że „nie wiem sama, co mi się marzy”, parafrazując lekko Kaczmarskiego. Nie wiem dokładnie, nie umiem sprecyzować, w co chciałabym się zaangażować. Co mnie aż tak kręci, by choćby zaraz „wskoczyć” w to. Mam kilka pomysłów, ścieżek, którymi mogłabym podążyć –też pod kątem zawodowym. Trzeba mi tylko odwagi, wewnętrznej pewności, że tak, chcę w to wejść. Zdecydowania na zrobienie pierwszego kroku – i otwarcia umysłu, zdjęcie z siebie samej ograniczenia, że to musi już teraz być coś, co mnie bardzo pasjonuje. Zaniedbałam dotychczasowe zainteresowania, zgubiłam entuzjazm. Trzeba trochę więc trochę czasu, by  sprawdzić, zobaczyć, co z tego nadal mnie ‘kręci’, a może poszukać czegoś nowego? Pasja jest istotna, ale przecież można ją budować, podsycać z czasem. Zwłaszcza, że często większy entuzjazm wywołuje u mnie sam proces zgłębiania tematu niż sam temat, obiekt zainteresowania.

Trochę się oddaliłam ostatnio od samej siebie, przestałam słuchać intuicji. Z jednej strony zaangażowana w szukanie pracy i pisanie pracy dyplomowej – mózg zafiksowany na zadaniach, czynnościach, które (teoretycznie) mogę kontrolować. Z drugiej zaś rozdarta pomiędzy hormonalnymi pragnieniami a przesadzoną analizą „czy to ma sens? co może z tego wyjść?” – próba kontroli aspektu, na który ma się niewielki wpływ, a nadmierne analizowanie prowadzi jedynie ku gorszemu (przynajmniej w moim przypadku). Dopiero rozmowa z K., zadanie przez niego pytań w stylu ‘jak się z tym czujesz? czy takie rozwiązanie by Cię zmartwiło’ – odwołujących się do emocji, uczuć, reakcji zamiast racjonalnego ważenia za i przeciw, czy tworzenia scenariuszy – sprowadziło moje myśli na ‘właściwy’ tor, skierowały uwagę na to, co w tym przypadku było istotne. Dodatkowym plusem był fakt, ze ta rozmowa pozwoliła nam na nowo się na siebie otworzyć, zaufać.

Dziwnie się czuję będąc w romansowym „pomiędzy” Nie jestem nikim aktualnie zainteresowana, nikt mnie aktualnie nie podrywa. O ile do drugiego jestem przyzwyczajona, to pierwsza część ostatniego zdania jest (niestety :/) czymś dla mnie niecodziennym. Przyzwyczaiłam się mieć o kim myśleć przed snem, snuć fantazje do poduszki. Koleżeńska kawa z J. to nadal tylko plan – moje myśli przede wszystkim zajmuje albo mgr albo przygotowywanie się do testów z wiedzy na stanowisko. Mimo, że tu i tak odpada już cały ten stres związany w chęcią zainteresowania romansowo drugiej strony, to i tak spotkanie „przegrywa” z pracą (mgr i zawodową).

Ważniejsze jest jednak wewnętrzne stwierdzenie, że potrzebuję „odwyku”. Again, sięgnięcia do intuicji, poszukania odpowiedzi na to, czego chcę, czego szukam, czego potrzeba. W rozmowie z K. padło istotne dla mnie stwierdzenie, coś co musiałam sobie na nowo przypomnieć uświadomić – jasne, że czasem tęskno za tym, by ktoś przytulił. ale rzecz, sedno, jest w tym kto przytula. Hint odnośnie tego faktu miałam już nawet kiedyś z Obywatelem – byłam zainteresowana, on zresztą chyba też, dałam się przytulić… i nic. Miło, fajnie, ale nic ponadto. I to on wtedy powiedział, że najwyraźniej to jeszcze nie „to”, że jeszcze muszę poczekać na tego „kogoś specjalnego”.

Bo zdaję sobie sprawę, że wciąż jeszcze szukam raczej „na siłę”. Każde potencjalne zainteresowanie to szansa na ‘coś więcej’ – ale jak dotąd nieco przesadzałam, trochę zbyt dosłownie brałam to zdanie. Rozkminka, z którą zwróciłam się o pomoc do K., wynikła właśnie z takiego przesadnego analizowania, czepiania się zbyt usilnie szansy. Tak więc “odwyk” jak najbardziej wskazany ;)

Your soul knows what it needs, when it needs it. Don’t let your third dimensional mind get in the way. Follow your soul; it will always lead you to your truth.
Listen to that ‘gut feeling’ and trust it… it is the light from within informing you. Your higher self guiding you.”
 - Awakened Vibrations (via awakenedvibrations)

„Listen to your being. It is continuously giving you hints; it is a still, small voice. It does not shout at you, that is true. And if you are a little silent you will start feeling your way. Be the person you are. Never try to be another, and you will become mature. Maturity is accepting the responsibility of being oneself, whatsoever the cost. Risking all to be oneself, that’s what maturity is all about.” [http://hjartastyrkur.tumblr.com/post/74632094966]