“Live out of your shell! Shell you?”

It’s not my little life that you want to share,
I was not enough too many times
and now I’m scared.
I have built a solid wall
it was so many years ago,
now you’re cracking it.


It’s not my little world that you want to see
I am nothing, so there’s nothing
to surprise you with.
When you look at me that way, it falls to dust
and I don’t care,
you’re taking over me

my heart is pounding in its cage
and I can’t make it stop again.
My heart, colder than a stone.

(…) [ Karolina Kozak, Dawid Podsiadło Heart Pounding]

 

Ile razy słyszę w słuchawkach te wersy, serce na chwilę przyśpiesza, bo mogłabym się podpisać obiema łapkami pod tekstem. Jeszcze jakiś czas temu – przede wszystkim pod słowami o strachu, poczuciem bycia not enough. Ostatnio – również przy części na temat budzenia serca, uczuć na nowo do życia.

Bo postanowiłam znów podjąć ryzyko, otworzyć się. Jasne, sytuacja z D. zostawiła swoje ślady, mocno stępiła moją ufność (by nie rzec „naiwność”), rozdmuchała obawy, lęki przed porzuceniem.
Ale wciąż pamiętam, jak potrafiłam odsunąć od siebie te strachy, choćby na jakiś czas. Relacja z K.P. czy M.G. na studiach inżynierskich. Wyznania wobec K., kilka prób „podrywu”. Internetowe znajomości z Panem Manchesterem, Hipertroficznym czy Odynem. Mimo strachu, panicznych myśli w stylu „co on sobie pomyśli? wystraszę go. zerwie kontakt. zostawi mnie” – stwierdzałam, że warto podjąć ryzyko. Nie zawsze wychodziło, ale świat się nie kończył.

 

Teraz znów mam możliwość dopuścić kogoś bliżej. Jest ktoś, dla kogo moje „krótko, zwięźle” o emocjach widzi tym, czym to jest  - pilnowaniem muru, by z wewnątrz nie wyciekło za dużo. Kto nie ma nic przeciwko „więcej”.

A ja, po raz pierwszy od dawna, chcę dać więcej. Chcę dać się poznać, niezależnie od tego, dokąd nas to zaprowadzi. I sama też oswajać, być dopuszczoną coraz bliżej. Bez „chodzenia na skróty”, prób przeskakiwania pewnych etapów. I want this thing to work. Więc strachy na bok. Bez kręcenia, zbytniego owijania w bawełnę. Nikt nie czyta w myślach. A można jedynie jeszcze bardziej namotać.

 

 

Jeden ktoś nadłamał mur, zrobił wyrwę. Ale są też inni, którzy mimowolnie sprawiają, że sama chcę zdjąć „emocjonalny pancerz”. Którzy swoją otwartością, życzliwością skłaniają do tego, by zareagować tak samo. Więc odkopuję powoli tą część mnie, którą schowałam głęboko, gdy zabolało za bardzo.

(…) But I will run until my feet no longer run no more
And I will kiss until my lips no longer feel no more
And I will love until my heart it aches
And I will love until my heart it breaks
And I will love until there’s nothing more to live for.

And I will love until my heart it aches
And I will love until my heart it breaks
And I will love until there’s nothing more to live for.

[Amy Macdonald Run]

 

Kiedyś taka byłam na co dzień. Może nieco zbyt emocjonalna, ale prawdziwa. Szczera wobec siebie i innych w uczuciach. Angażująca się w pełni, nie na „pół gwizdka”, zbyt przejęta możliwością porażki.

Co jakiś czas podejmuję próby „powrotu do dawnej mnie”. Czasem się udawało na jakiś czas, aż do najbliższego kryzysu, gdzie stare nawyki, obawy brały górę.

Baby steps. Powoli, ale skutecznie. Nie wszystko od razu.

Come what may. In it’s own time.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>