jesień przyszła, nie ma na to rady

 

Po chwili uczysz się subtelnych różnic
Między trzymaniem kogoś za rękę a uwięzieniem czyjejś duszy
I uczysz się, że miłość to nie to samo, co szukanie oparcia
A czyjeś towarzystwo nie zawsze oznacza bezpieczeństwo.

Zaczynasz się uczyć, że pocałunki to nie są umowy
A prezenty to nie obietnice
I zaczynasz przyjmować swoje porażki
Z głową podniesioną do góry i spojrzeniem wybiegającym w dal
Z wdziękiem kobiety
A nie ze smutkiem dziecka
I uczysz się budować wszystkie swoje drogi na tym, co jest dziś
Ponieważ jutrzejszy grunt jest zbyt niepewny na to, by snuć plany
A przyszłość miewa zwyczaj spadać w dół w środku lotu.

Po chwili uczysz się, że nawet promienie słońca mogą sparzyć
Jeśli padają zbyt często
Zakładasz więc własny ogród i zdobisz własną duszę
Zamiast czekać na kogoś, kto przyniesie ci kwiaty.

Uczysz się, że naprawdę możesz przetrwać
Naprawdę jesteś silna
I naprawdę możesz siebie cenić
I uczysz się

I uczysz się
Z każdym pożegnaniem się uczysz…”
[Veronica Shoffstall"After a While", pogrubienia własne]

 

Pogoda się ostatnio cokolwiek ‘zepsuła’. Chmurno, coraz chłodniej. Łatwiej o jesienną chandrę, czy coś, co nazywam „melancholią czterech ścian” – szczególnie, że znów siedzę w domu, choć właściwie mam co w tym domu robić.

Na razie jednak nie daję się chandrze ;)

Poszukiwania pracy nadal w fazie oczekiwania na kontakt / wyciągania wniosków z rekrutacji, w których nie przeszłam dalej. Zastępczy plan jest, póki co priorytetem jest dokończenie pisania i złożenie pracy dyplomowej, jak się w międzyczasie uda znaleźć pracę w zawodzie to super. Przygnębiona z powodu braku większych sukcesów póki co nie jestem.

***

Ostatnich kilka rozmów ze znajomymi z wolontariatu dało mi do myślenia. Ta z P. znów podniosła wątek pasji i jej realizowania, ale też uświadomiła mi moje swoiste wygodnictwo, powrót do korzystania z wymówek, zbytnią ostrożność. A jednocześnie mam poczucie, że marnotrawię trochę czas – choć „młodsza już nie będę”, jakie padło z moich ust w trakcie tamtej rozmowy, to spora przesada (no sorry, nawet 30 jeszcze mi nie stuknęła, bym mogła tak mówić >.<), to jest to jednak ubranie w słowa (choć przyznam, dość niedokładnie) moich przekonań (tych mniej i bardziej świadomych), związanych z tematyką realizacji pasji. że jak nie dziś, to kiedy. Jesień idzie, coraz chłodniej, można powiedzieć, że sezon na góry się cokolwiek kończy. Niemniej jednak mam w pamięci, że istnieje coś takiego jak Zimowa Watra, zawsze też można poprosić o porady bardziej doświadczonych znajomych. No i trening czyni mistrza. Więc pod rozwagę.

Rozmowy z J. z kolei bardziej oscylują wokół pracy, życiowych, pragmatycznych problemów z tym związanych (typu „skoro masz kredyt, to jednak część decyzji podejmuje się >sama<”). I to też jest dobre, bo mogę skorzystać z jego doświadczenia, zobaczyć jego punkt widzenia i w tej optyce ogarnąć własne decyzje czy plany. Dodatkowo grzeje serce wiedza, że J. ma o mnie bardzo dobre zdanie – „coś więcej niż ogarnięta i bystra, też razem wzięte” – chociaż dodatkowo nakłada to na mnie nieco presji pt. „chcę się postarać, by nie zawieść jego dobrej opinii” Na szczęście umiem tę wewnętrzną presję trzymać pod kontrolą, nie dawać się jej „zjeść” ze stresu. Za to potrafi być to niezłym motywatorem do działań, podsyca chęć bycia lepszą wersją samej siebie, sięgniecia po swój pełny potencjał ;)

„(…)Then I see you standing there
Wanting more from me
And all I can do is try
Then I see you standing there
I’m all I’ll ever be
But all I can do is try (…)
[Nelly Furtado, Try]

Kiedyś łączyłam dość mocno tę chęć zmiany, bycia jak najlepszą z zakochaniem, czy (górnolotnie i trochę chyba przesadzając) z miłością. Z tym, że wtedy bardzo mocno się to łączyło z moim niskim poczuciem własnej wartości. Chciałam się zmieniać dla kogoś, by być docenioną, zauważoną. To nie był ten motywator, o którym czytałam w artykułach, czy o którym mówi bohater „The Notebook” N. Sparksa – “The best love is the kind that awakens the soul and makes us reach for more, that plants a fire in our hearts and brings peace to our minds (…)”. A gdy dopuściłam do siebie myśl/ świadomość, że miłość, której tak pragnęłam, jest już wokół mnie, chociaż w innych formach, niż ta, za którą tęsknię – zaczęłam czerpać ten dobry motywator z kontaktów z przyjaciółmi. Wciąż jeszcze zadziwiają mnie i w pewien sposób onieśmielają komplementy ze strony przyjaciół czy osób z którymi się kumpluje, szczególnie te mówione nie wprost, pokazujące, że wierzą oni we mnie czasem bardziej niż ja sama. Więc nie chcę zawieść tej opinii, ale też okazać się jej godna, a także choć trochę stać się takim motywatorem dla innych, jakim oni są dla mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>