ta notka miała wyglądać inaczej >__<*

 

Najlepsze słowa przychodzą nocą. Tuż przed zaśnięciem, gdy jeszcze balansujesz między snem, a jawą, lecz coraz bardziej przechylasz się w jedną stronę. Gdy już nie chce Ci się sięgnąć po ołówek czy telefon i zanotować tych myśli. „Będę pamiętać rano”, mówisz sobie.

I śnisz o zupełnie czym innym.

Obudziłam się z głębokim westchnieniem – takim pełnym zawodu, smutku. Powód był banalny
– w śnie przyglądałam się Ł., którego uwaga cały czas była skupiona na kim innym – typowa dla mnie historia, nie tylko w snach, ale i w rzeczywistości. Chmurka ta posiada jednak srebrne wykończenie
– mimo pewnego zrezygnowania, z jakim zakończyłam sen, nie czułam się nim przygnębiona. Come what may. Widać nie jest Ł. pisane być dla mnie tym, kim wydawało mi się, że jest – kim pragnęłam, by był. Sama zresztą zauważyłam jakieś dwa tygodnie temu, w trakcie wspólnego powrotu, że ta relacja zaczyna zmierzać w kierunku takiego rodzaju przyjaźni, bliskości, jaka łączy mnie z K. Z jednej strony to cudowne, nie potrafiłam jednak powstrzymać się przed małym grymasem smutku. Cóż, moje pragnienia rzadko kiedy umierają bezboleśnie.

 

… Więc czas wyśnić sobie nowe marzenia. Coś się kończy, by mogło zacząć się coś nowego, lepszego. Jedno marzenie lada moment będzie do odhaczenia (uwierzę, gdy podpiszę ;)), zaś znając moją psyche pewnie prędko znajdę nowy obiekt do wzdychania (a może i pod tym kątem nareszcie przyjdzie kto ma być?) W głowie wciąż kołacze się myśl, że przede wszystkim to ja jestem odpowiedzialna za jakość mojego życia. Jeśli czegoś konkretnego pragnę – weźmy tu odnawiającą się z uporczywością chwasta (*_^) tęsknotę za Bieszczadami – to przecież ode mnie przede wszystkim zależy, czy coś z tym zrobię, do mnie należy decyzja, by podjąć jakieś działania. Jedno wiem już na pewno,( this IS said in stone), nie ma co czekać aż inni się domyślą. Tyle mojego od życia, ile wezmę, szczególnie, gdy to ja wyciągam dłoń.

Coraz łatwiej o tym pamiętać. Gdzieś z tyłu głowy pytać się – czy to jest to, czego chcę? czy, mogąc cofnąć czas, postąpiłabym tak samo? – i odpowiadać w zgodzie ze sobą, jak najczęściej twierdząco. Czasami daje się ponieść emocjom, zdaję się na autopilot, byle do przodu. Czasami świadomie stwierdzam, że brak mi sił, czy chęci by realizować ten ambitniejszy plan. Ale skoro nie mam chęci, znaczy nie potrzebuję tego zaraz-teraz-natychmiast. I to nadal jest ok.

 

*

Po części to kwestia tego czasu w miesiącu, gdy jestem przewrażliwiona. Po części – lekkiego działania na autopilocie, by nie zastanawiać się za bardzo nad niektórymi odczuciami, reakcjami. Przyjrzę im się jutro, wciąż odkładane. Znów wewnętrznie waham się miedzy dwoma skrajnościami: pragnę, by mnie ktoś przytulił, wysłuchał, nie oceniając, zaś z drugiej strony znów chowam się za swój mur dystansu. Na zewnątrz staram się bywać na spotkaniach ze znajomymi, by nie zdziczeć zupełnie ;), jednakże omijam co poniektóre. Chcę bliskości, ale za cholerę nie wiem, wobec kogo będę w stanie się szczerze otworzyć.

 

Z jednej strony znów mam w sobie niepokój, który ciężko jest mi ubrać w słowa, nadać mu kształt, wskazać źródło. Ale są też chwile, gdy czuję, że jest dobrze. Jestem szczęśliwa, lub co najmniej zadowolona z obecnego statusu. Będzie co ma być, będzie, kto ma być. Pilnować swojego nastawienia, bo to ono jest soczewką, przez którą patrzę. A dobro ciągnie do dobra. Więc zwyczajnie nie opłaca mi się zamartwiać na zapas, czy pogrążać w smuteczkach. Coraz łatwiej jest mi wchodzić w ten stan, trudniej go przedłużać. Najważniejsze, że jednak, że umiem to odczuwać i się tym cieszyć ;)

odżywam wraz z wiosną

„a teraz maj dookoła maj | wyświęca ogrody
i cały ja i cały ja | zanurzony w jordanie pogody
a teraz maj i maj i maj | dokoła się święci
od wonnych bzów szalonych bzów | wprost w głowie się kręci”
[SDM „Ballada Majowa”]

            Zarówno maj, jak i wiosnę, zaczęłam „z przytupem”. W noc Beltaine, o północy wypowiedziane życzenie, by to była energetyzująca wiosna, pełna motywacji, siły – wypełniona działaniem. I już następnego dnia spontaniczne wyjście z J-J i Margerytką. do Łazienek Królewskich. Pół dnia wdychania wiosennego powietrza, nasiąkania słońcem, a także szalenie karmiącego gadania w babskim towarzystwie na różnorakie tematy. Karmiącego nie tylko z powodu tzw. kobiecej energii, ale też dlatego, że wszystkie trzy jesteśmy nieźle zorientowane na rozwój, świadome własnych ograniczeń, ale i możliwości. Nasze rozmowy, również te via fb czy blogi, zawsze coś dobrego wnoszą =]

            Drugim „tupnięciem” była myśl, jaką zapisałam w ostatnią niedzielę, słuchając nieco transowego grania J.  – że nie ma co się szarpać, trzeba cieszyć się również z drobnych przejawów szczęścia, o które tak zabiegam. Niby zauważyłam to już dawniej – im bardziej mam poczucie, że muszę coś od losu wyszarpać, wywalczyć, tym trudniej to przychodzi, mniej jest przejawów, okazji. A zdenerwowanie, frustracja uderza głównie we mnie, w samopoczucie. Zdecydowanie lepszą opcją jest właśnie docenianie drobiazgów, dostrzeganie ich, cieszenie się nimi, wdzięczność za nie.

(…) Moja matka powtarzała, że wdzięczność powstrzymuje strach. Jeżeli skupia się uwagę na tym, co się ma, posiadane dobra się pomnażają, jeśli jednak choć przez chwilę pomyśli się o tym, co budzi lęk, strach się potęguje i sprawia, że człowiek się cofa, zamiast się rozwijać. Dlatego dziękowała za wszystko, co jej się przytrafiało, nawet za zło; (…) Mawiała też, że wdzięczność wydobywa na światło dzienne różne brzydkie sprawy, a dobre życie polega między innymi na tym, żeby mierzyć się z nimi i w ten sposób się od nich uwalniać.   [Preethi Nair “Sto odcieni bieli”]

Poczucie wdzięczności, jak i dostrzeganie wszelkich objawów tego, że dąży się w wybranym kierunku, zgadza się również z tym, co jakiś temu pisała J-J, a która to notka mocno zapadła mi w umysł. Wierzę, że możemy w pewien sposób kształtować rzeczywistość swoim nastawieniem, postawą. Że gdy czegoś pragniemy, to los daje nam okazje do realizacji tych pragnień, szczególnie jeśli są dla nas właściwe, są nam pisane (inna sprawa, czy potrafimy to dostrzec i wykorzystać). Moc wizualizacji przy osiaganiu celów została nawet zbadana i potwierdzona (przy czym lepiej działa wyobrażanie sobie całego procesu, realizowania działań, nie tylko sam cel, efekt).

Jest to narzędzie, które dotychczas dość zaniedbywałam, najwyższy czas to zmienić.

Umiem być szczęśliwa, zanurzyć się w chwili i czerpać z niej, doceniać, to co mam. Mam jednak kilka celów do zrealizowania, które poprawiłyby moje poczucie szczęścia, jak i byt ;) (jakkolwiek umiem korzystać z chwilowego bezrobocia – tyle czasu na odpoczynek i realizowanie zadań, na które wcześniej brakowało mi czasu czy energii – tak jednak np. pragnę stabilnego zatrudnienia z dobrą płacą, które będzie mi dawało również zadowolenie i poczucie rozwoju ;) ). Dobro jest na wyciągnięcie ręki – trzeba tylko tę rękę wyciągnąć, sięgnąć. I kiedy, jak nie na wiosnę, gdy mam dodatkowy power? ;)

„Life is what happens to you while you’re busy making other plans” [J. Lennon]

nie znajduję czasu na pisanie notek. Pamiętnik ma priorytet, a i tam trochę już pajęczyn.

Czasami to kwestia słowowstrętu (przy jednoczesnym myślotoku), czasem zwyczajnie jestem zbyt skupiona na przeżywaniu by jeszcze pisać, czy (nie daj Borze ;) ) analizować.

Irlandia nie złamała mi serca (jak wieszczyła moja wewnętrzna Drama-Queen), choć niewątpliwie je skradła ;) Powiedziałabym, że nawet było wręcz przeciwnie – cudni ludzie, z którymi pojechałam (a szczególnie ci, z którymi jechałam najwięcej), atmosfera, jaka między nami panowała – mam wrażenie, że wracam z jeszcze bardziej otwartym sercem, z odbudowaną ufnością w ludzką akceptację, przyjęcie do grupy i bycie jej częścią. Gdy postanowiłam cieszyć się po prostu obecnością bliskich osób, doceniać każdą chwilę, jaka nam się przydarza – było już tylko lepiej ;)
I choć pewne wishful thinking nie doszło do skutku, to nie mam poczucia straty, czy złamanego serduszka. Będzie co ma być. Będzie, kto ma być ;)

Eventually soulmates meet, for they have the same hiding place.” – Robert Brault
(via novemberkind) (Source: hellanne, via novemberkind) via
http://harnow.tumblr.com/

czasem brak mi słów

I just miss you,
in a quite
simple
desperate
human
way.

written by Vita Sackville-West, from a letter to Virginia Woolf

 

Na pewno w jednym serialu, może w kilku filmach, jeden z głównych bohaterów (zazwyczaj On) uświadamiał sobie swoje uczucie do Niej (drugiego głównego bohatera) odpowiadając sobie na pytanie ‘kto jest pierwszą osobą, z którą chcę się dzielić dobrymi rzeczami, informacjami w moim życiu”.

Jeśli to, co czuję to K. mam nazywać miłością, to jest to tzw. storge –  miłość, łagodna, przyjacielska. Pogłębiające się przywiązanie, wzajemna troska (parafrazując:
http://www.charaktery.eu/slownik-psychologiczny/E/1/Eros/
) . Na moje ostatnie rozmkinki i wątpliwości odnośnie relacji ze znajomymi, mniej lub bardziej bliskimi, zdecydowanie ma wpływ fakt, że z K. się dawno nie widziałam.

I tęsknię. Wirtualny kontakt to nie to samo co rozmowa twarzą w twarz, czy nawet zwykły wspólny spacer. Brakuje mi tego, pewne pocieszenie znajduję w tym, że jemu też (choć co – czy raczej kogo – innego ustawił jako priorytet).

 

 

Uważam się za osobę raczej świadomą swoich uczuć, emocji. Znam źródła schematów, nawyków myślowych w jakie wpadam, wiem skąd mi się biorą pewne emocje, co je wywołuje, skąd się biorą takie a nie inne reakcje.

Ale dziś odkryłam, że mój wewnętrzny słownik na opisywanie uczuć jest mimo wszystko wciąż ubogi. Nie wszystko jeszcze umiem dobrze nazwać, użyć dobrego słowa. Czasami to nie szkodzi – bo niektóre uczucia w swojej złożoności wymykają się konkretnym definicjom. A czasami, mimo tego, że nie mam nic przeciwko odpowiedzeniu na zadane pytanie, brak mi słów. I nawet angielski czasem nie pomaga ;)

„They say that time’s supposed to heal you…”

… but it’s you, who do the whole work ;)

Kolejny rok za mną. Może nie tyle ‘obfitujący w wydarzenia’, co dający do myślenia. Będący swoistym kamieniem milowym lub raczej zakrętem na drodze – (oby) końcem pewnego etapu drogi. W trakcie ostatnich 12 miesięcy sporo się o sobie dowiedziałam, zobaczyłam, gdzie tak naprawdę leżą granice tego, co mogę (dalej niż myślałam ;)).

I na bazie tej wiedzy znów dopada mnie pewne uczucie niepokoju – choć adekwatniejsze jest tu angielskie słówko „anxious”, które może oznaczać zarówno te pozytywne jak i negatywne poruszenie w myślach, w ciele. Jak co jakiś czas, znów nie jestem w pełni zadowolona z punktu, w jakim znajduje się moje życie i czuję chęć, potrzebę zmian. Nauczona doświadczeniem, wiem, że trzeba mi porządnie się przyłożyć do tych noworocznych postanowień, planów – dobrze je określić, rozpisać na pomniejsze etapy, bym się nie zgubiła gdzieś po drodze – zapomniała w natłoku bieżących spraw, czy zdemotywowała odległością i ilością pracy, jakie mnie czekają przed głównym celem.

 

Ja się nie oglądam już wstecz. A jeśli już – tylko po to, by zobaczyć jak daleko doszłam.[14.06.2009 r.]

Śmiała deklaracja, złożona (paradoksalnie), gdy mocniej trzymałam się przeszłości, gdy wspomnienia o wiele bardziej blokowały moje działania. „Scars left on my heart formed patterns in my mind”. Ale schematy można zmienić. Można przestać się bać, że historia się powtórzy i zaryzykować. Bo nawet jeśli – wiesz, że dasz radę, nie złamie Cię to. Nie zrobiło tego wtedy i nie zrobi teraz. Więc kolejny rok pracowałam nad porzucaniem starych kolein reakcji (z różnym skutkiem), ale tym razem wystawiałam również przed siebie dłonie – gotowa na to, by coś komuś dać, coś otrzymać, ująć czyjąś dłoń, ale i sparzyć się, zarobić nowe blizny. Ale, jak kiedyś napisał mi hipertroficzny - lepiej chwalić się bliznami, niż swoim pięknem cieszyć się, ale w samotności. Tego się trzymam – trzeba doświadczać, uczyć się na błędach i na dobrych zdarzeniach. Uciekanie i próby odsuwania w czasie nieuniknionego do niczego nie prowadzą.

O czym zresztą przypomniał mi ostatnio sen. Męczący psychicznie i na swój sposób fizycznie – z motywem ucieczki, przewijającym się przez całą fabułę. Ostatni raz śniło mi się coś podobnego lekko ponad 3 lata temu, w okresie, gdy zamknęłam wszelkie emocje wewnątrz siebie – co skończyło się niezłym zjazdem emocjonalnym na dłuższy czas. Ale zarówno sam sen, czy raczej rodzaj (wewnętrznego*) drapieżcy, jaki w nim występował, a także fakt, że tym razem sen skończył się moją „wygraną” sugeruje, że tym razem będzie dobrze – znajdę rozwiązanie nurtującego mnie „wyzwania egzystencjalnego” *__^

 

W jednej z opowieści w „Biegnącej z wilkami” autorka przytacza powiedzenie, że „nauczyciel pojawia się, gdy uczeń jest gotów”. Okazja do nauki pojawia się, gdy jesteśmy gotowi  –  gdy dusza, wnętrze jest gotowe, by coś z tego przyjąć. Nie wiem, czy umiałam w pełni skorzystać z tegorocznych nauk, ale wiem, że coś z tych wydarzeń we mnie zostało. Chłopak z Gitarą, wyjazdy na balfolki, powrót do śpiewania, taniec. Minione lata pokazały, że potrafię żyć bez tego – odsunąć na bok sensualność, zduszać pragnienia o związku, nie realizować tych hobby, które mnie szczerze cieszą. Potrafię tak funkcjonować (jakoś), ale tym razem wciąż nasuwa mi się na myśl pytanie – czy warto, skoro wiem, że inaczej jest lepiej? ;)

listopadowo

* będzie smutaskowo. bo listopad. bo coś się kończy/ skończyło, a nowe nie zaczęło. bo tęsknię jak cholera. bo mi zimno, nie tylko fizycznie. bo czasem trzeba pozwolić sobie na słabość, smutek i skowyt*

 

We are all broken, that’s how the light gets in. [Ernest Hemingway  (via vvolare) (via primul-om)]

            Tęsknota za mężczyzną boli. Boli przede wszystkim strach, że jeśli nawet wyciągnę dłoń, okażę zainteresowanie, to zostanie to odtrącone, nie daj Borze ze śmiechem, co ty sobie wyobrażasz. I ten lęk, sięgający chyba dziecięcych czasów, gdy porzucenie tak łatwo utożsamiane było z końcem świata. Nie jest łatwo. Ale uczuciom nie wytłumaczysz – więc tęsknię. Bo chociaż mój pancerz niezależności jest całkiem porządny – w końcu tyle lat go dopracowywałam, choć nieraz z niewłaściwych pobudek – to jednak nie jest szczelny. Ktoś w którymś momencie włożył palce między zapięcia i powstała szczelina. I wlał przez tę szczelinę odrobinę uwagi, ciepła. And he warmed up this little heart of mine. I teraz są chwile, gdy chciałabym by ktoś dokończył to, co tamten zaczął – ponownie rozniecił żar uczuć, emocji. Dał powód, by znów otworzyć się, zaufać. Poszerzyć wyrwy w murze, w pancerzu – a może nawet się ich pozbyć? Ale mimo wszystko wciąż się boję. Wciąż jestem niepewna. Bo wciąż widzę zbyt mało oznak, by odważyć się zaryzykować. To nie kwestia tego, że on też się obawia, nie jest pewny. To wciąż co najwyżej przyjaźń. Tak, to już jest dużo. Ale zbyt mało, by czasem uciszyć serce.

 

Tęsknota za drugim człowiekiem boli. Niby wciąż obracamy się wśród innych ludzi, ale to czasem jak życie za szklaną ścianą. Twoje życie, moje życie, każdy sobie. Czasem uchylisz rąbka prywatności, opowiesz jakaś anegdotkę, by nawiązać nić porozumienia ze znajomymi z pracy, ale to tylko namiastka kontaktu. To jednak cokolwiek obcy ludzie – a ty już kiedyś podjąłeś wysiłek i ryzyko otwarcia się na kogoś, masz już swoją grupę bliskich, dziękuję bardzo, tyle mi wystarczy. Jednak codzienność, obowiązki – trudno znaleźć wolny czas, jeszcze trudniej zgrać go z wolnym czasem drugiej osoby. Rozumiesz to – rozumiem to – ale mimo wszystko jest cokolwiek przykro, poczucie bycia pozostawionym samemu sobie nie jest miłe.

            Jesień nigdy nie była dla mnie łatwym i przyjemnym sezonem. Przy mojej skłonności do melancholii czy rozczulania się nad sobą jesienna aura, z deszczami, wczesnym zmrokiem i chłodem, stanowi znakomitą pożywke dla objawów tzw. sezonowej depresji, zwanej z angielska SADem (seasonal affective disorder). Znam siebie, swój organizm już na tyle, że wiem, że w tym okresie muszę być bardziej uważna na własne nastroje, by szybciej wyłapać spadki humoru, reagować na tzw. chandrowe myśli – słowem jak w obrazku powyżej: nie pozwolić, by smutne myśli dostały się do środka, by zalały mózg. Mam jednak tzw. tender spots, które – gdy dotknięte – bardzo łatwo przepuszczają smutek do środka.

Jednym z takim punktów jest poczucie odsunięcia, wyrzucenia „poza nawias”. Położyło się to cieniem na moim wyjeździe na Cadansę, choć przyznam, że nie jestem bez winy, pozwalałam, by to uczucie psuło mi humor. Jak zwykle – jeśli masz jakieś oczekiwania i nie zostaną one zaspokojone, to frustracja pojawia się zawsze. Nawet jeśli oczekiwania są cokolwiek niedojrzałe, a frustracja bezcelowa.

Niemożność spotkania z K., Di czy z babińcem też wpływa cokolwiek negatywnie na humor. Obiektywne przeszkody swoją drogą, obawa, ze drugiej stronie nie zależy aż tak – swoją. Wiem, gdzie i które emocje mnie uwierają, na ile są one adekwatne do źródła odczuć. Ale nie wszystko da się samemu załagodzić, zapełnić niedobór. Czasem drugi człowiek jest niezbędny.

Na naszą słabość i biedę,
niemotę serc i dusz.
(.…)

Na czarnych myśli tłok,
na oczy pełne łez
lekarstwem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest,
jeżeli jest możliwa.

(…)
Na to, że nic się nie stało,
a zdarzyć miał się cud.

(…)
ratunkiem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest,
jeżeli jest możliwa.
(…) 

[ Agnieszka Osiecka ]

                Tęsknię jak cholera za czyjąś uwagą, bycia ważną dla kogoś – niekoniecznie najważniejsza, ale ważna. To nie jest najwłaściwsza motywacja do bycia w związku – więc nic dziwnego, że póki co nic. Emocjonalność szuka potencjalnego obiektu, ale wiem, że to tylko próby zajęcia myśli, nie prawdziwa potrzeba czy uczucie. Podczytuję znów kolejne książki z serii „Obca” i choć zdaję sobie sprawę, że główny bohater to tzw. mokry sen autorki – przystojny, kochający, silny, pełen charyzmy i uroku, słowem zbyt idealny, by był prawdziwy – to jednak jestem cokolwiek pod wrażeniem tego, jak jest opisany na przestrzeni lat związek głównych postaci. Ciągłe, niegasnące pragnienie siebie nawzajem, też pod kątem pożądania, namiętności. Ale głównie w rozumieniu ciągłego wybierania siebie nawzajem, bycia razem, wspierania. Czerpania od siebie wzajemnie siły. Może to rzeczywiście zbyt idealne, by się mogło zdarzyć i teraz, mi, ale mimo wszystko jestem gotowa poczekać na coś, co mi będzie przypominać te relacje, niż zadowalać się substytutem, bo zżera mnie samotność i desperacja. Na tyle siebie znam, tyle o sobie już wiem.

Tak samo jak wiem, że czasem trzeba zająć się sobą, uzupełnić braki, odnaleźć znów w sobie to, co przyciąga innych ludzi, co sprawia, ze jest nam dobrze z samym sobą. Ostatnio znów to zgubiłam  - ale zamiast sięgnąć do środka, próbowałam znaleźć to w oczach, zachowaniu innych ludzi wobec mnie. A że zarazem wciąż mam opory przed proszeniem innych jasno i wyraźnie o pomoc, to wyszło jak wyszło. Więc czas zmienić strategię ;)

„you say that I’m changing, that I’m not just simply aging”

Często skarżyłam się w notkach na brak widocznych zmian. Mimo, że robiłam tzw. baby steps, wiedząc, że takie zmiany zostają na dłużej, to wściekałam się na samą siebie, gdy zdarzyło mi się potknąć i wrócić do starych schematów. Nie mając bardziej widocznych obrazów zmian aż nadto wyraźnie widziałam każdą pomyłkę. Pragnęłam zmian, pragnęłam dorosnąć, pasować do cudzego wyobrażenia jaka powinnam być, które też wtedy brałam za swój własny cel.

Cóż, pomyłki zdarzają się zawsze, szczególnie, gdy emocje wciąż jeszcze mają zwyczaj brać górę.

Ale grunt to wrócić na właściwy tor, nie zniechęcić się potknięciem, nie przekreślać nim starań. Utrzymać chęci i zmotywowanie na takim poziomie, który pcha do działania.

Pamiętnik czy blog stanowią całkiem przydatne narzędzie, gdy chcę zobaczyć gdzie jestem teraz względem przeszłości. Trzy lata temu – wielkie plany i marzenia, które rozbiłam o zbyt długi zjazd w króliczą norę i użalanie się nad sobą. Pierwotny powód, kamyk, który ruszył lawinę, usprawiedliwiał może ze 3 pierwsze miesiące dystansu i niepewności. Ale nie kolejne niemalże półtora roku. Mimo słów przyjaciół, ich uwag, że wciąż się powtarzam i oni już nie wiedzą, co mogą zrobić by pomóc, trzymałam się ówczesnej strefy „komfortu”.

A w międzyczasie, gdzieś po drodze, cała ta chęć zmian, czyjeś dobre słowa i popychanie do zmian, wściek na samą siebie za tkwienie w miejscu  - znów wróciło na powierzchnię i domagało się uwagi.

Więc coaching. Pisanie mgr. Wolontariat w GDOŚ i spotkani tam ludzie. Pierwszy pozytywny błysk, że coś się zmieniło na dobre, rok temu przy pytaniu M. o hobby – mój brak angstu, za to poczucie impulsu do podjęcia działania.

Obrona. Irish sessions. Środowe i piątkowe tańce. Chłopak z Gitarą. Staż. Będzin. I znów pozytywna uwaga M. o zmianach, jakie we mnie zaszły przez ostatni rok (chyba dlatego zauważa wyraźne zmiany, że widzimy się w gruncie rzeczy względnie rzadko – łatwiej wtedy o porównanie, drobne zmiany nakładają się w coś większego).

 

Nadal jest we mnie mnóstwo tzw. angstu, łatwości we wpadaniu w self-loathing czy nastrój smutania i pesymizmu. Choćby dziś pół dnia zmagałam się z myślami, że znów wpadam w schemat zakochiwania się w zajętych facetach (bo bezpieczniej), że i tym razem nic z tego nie wyjdzie i inne tego typu dobijanie się. Ale umiem sobie z tym radzić. Czasem wystarczy jedna pozytywna piosenka, jedno dobre kontr- wspomnienie, czasem trzeba trochę dłużej powalczyć z nawykowymi myślami.

Ale wiem, że już umiem inaczej. Częściej czuję się szczęśliwa, zadowolona z tego, gdzie jestem, co mam, co przeżyłam. Każdą dobrą chwilę, gdy jestem jak najbardziej świadoma tego poczucia szczęścia, chowam w pamięci „na zapas”, na gorsze momenty. Bo wiem, że przyjdą. Ale też wiem, że przeminą.

 

Dostałam mnóstwo dobrych życzeń, pisanych z rozwagą i empatią. Wiele celnych, wypunktowujących to co dla mnie ważne i to, o czym warto pamiętać czy raczej nie-zapominać.
Przede wszystkim chcę umieć realizować te życzenia. Utrzymać poczucie szczęścia, dalej trzymać kontakt, relacje z ludźmi, którym zależy na moim szczęściu i vice versa. Trzymać się z dala od zjazdów w dołki ;)To have a good meaningfull life ;)

now is good

M. w rozmowie napomina o partnerce. Drobny skurcz serca, myśl spóźniłam się. szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej„.
Szybka kontr-myśl: Co mi z tego, że byśmy poznali się wcześniej? Wszak te parę lat wcześniej zupełnie nie byłam gotowa na związek (patrz: Ł.).

Teraz jest dobrze. Wszystko ma swój czas. A jeśli coś ma być, to się stanie.
Niektórzy uważają, że zmiana przychodzi wtedy, gdy podświadomie jesteśmy na nią gotowi. „gdy dusza wzywa”. Możliwe :) Skoro świadomie jestem gotowa na zmiany, to podświadomie chyba tym bardziej ;)
„Whatever tomorrow brings, I’ll be there with open arms and open eyes,” [Incubus, Drive]

I longed for the sense of belonging

I am going away for a while
But I’ll be back, don’t try and follow me
Cause I’ll return as soon as possible
See I’m tryin’ to find my place
It might not be here where I feel safe
We all learn to make mistakes,

And run from them
From them
With no direction
We’ll run from them
From them
With no conviction

Ostatni miesiąc był cokolwiek psychicznie kiepski. Kilka pomniejszych stresów, po nałożeniu na siebie i podlaniu cyklicznymi humorkami stworzyło iście wybuchową mieszankę. Więc odsunęłam się od znajomych, rezygnując z kilku regularnych spotkań. Nie chciałam, by im się przypadkiem oberwało moim paskudnym humorem.

Paradoks moich ucieczek – z jednej strony odsuwam się, bo potrzebuję od niektórych osób odpocząć, inne chcę chronić przed sobą samą. Ale wciąż i wciąż jest we mnie te cichutkie pragnienie, by ktoś się domyślił, dojrzał, że za postawą „nie chce mi się z wami gadać” kryje się nadzieja, że ktoś przyjdzie, posiedzi obok, przytuli jeśli trzeba. Nie pozwoli się odsunąć, nie całkowicie.

Cichy plus tego paradoksu? zdaję sobie z niego sprawę, tak samo jak z niedomyślności innych ludzi. Znam tylko jedną osobę, która jakimś cudem potrafi przejrzeć mój angst i go rozbroić, bez potrzeby tłumaczenia. Więc nie mam pretensji do tych, co są w pobliżu. A wobec tych, którzy by i pomogli – są na tyle daleko,że się spotykamy już „po fakcie”. Wiem też, że reakcja ucieczki nie jest najszczęśliwszą opcją, odkłada jedynie w czasie zmierzenie się z problemem, choć pozwala na złapanie dystansu i ochłonięcie z emocji. Carousel never stops turning, trzeba grać tymi kartami, co pozostały na ręku.

Więc czas wracać do ludzi, znów wpleść się w cotygodniowy rytm wspólnego przebywania.

Jak zwykle w takich sytuacjach towarzyszy mi odrobina niepewności – czy kogokolwiek mój powrót ucieszy?

 

I’m just one of those ghosts
Traveling endlessly
Don’t need no roads
In fact they follow me
And we just go in circles

Now I’m told that this is life
Pain is just a simple compromise
So we can we get what we want out of it
Someone care to classify
Broken hearts and twisted minds
So i can find, someone to rely on,

And run to them
to them
Full speed ahead
Oh you are not
Useless
(…)

Przygarnięcie mnie przez ekipę na weekendowy wypad – czy może dokładniej odpowiedź jednej z osób na moje podziękowanie (cała przyjemność po ich stronie ;) )  - i trafiło mnie right in the tender spot. Każde takie, można by powiedzieć: bezwarunkowe, przyjęcie do grupy z jednej strony cholernie mnie cieszy, a z drugiej zawsze jednak jest popsute (my fault) lekkim ziarnem niepewności jak długo to potrwa.

Br. na twarzoksiążce co nieco pisze o planowanym wypadzie w góry. A mnie w odpowiedzi męczą sny o poczuciu odrzucenia. Sama odpuściłam nieco, nie szukałam na siłę kontaktu. Ale to nadal co jakiś czas boli. Wiem, że przestanie. Ale jeszcze nie dziś.

We are just

Misguided ghosts
Traveling endlessly
The ones we trusted the most
Pushed us far away
And there’s no one road
We should not be the same
But I’m just a ghost
And still they echo me
They echo me in circles. [ Paramore Misguided ghosts ]

GA Maggie Pierce I might me too good at being alone

I did my lessons. Nauczyłam się nie zmuszać, odpuszczać sobie i innym. Pozwalać, by ktoś odsunął się, bo było dla niego zbyt blisko, ale wciąż pozostaje w granicach mojej orbity. Nauczyłam się nie strzelać fochów, respektować cudze życia osobiste, inne priorytety i wynikający z tego brak czasu dla mnie right now. Znalazłam różnicę między byciem samą a samotną i jak trzymać się tego pierwszego nie popadając w drugie.

Ale czasem zastanawiam się, czy gdzieś nie poszłam za daleko.

Nauczyłam się trzymać na dystans, być ostrożną. Sytuacja z Chłopakiem z Gitarą pokazała mi, że jest to spora odległość. Ja mówiłam as much as I could at the time, dla niego tgo było as little as possible.

Nauczyłam się nie potrzebować, niemalże nie chcieć związku. Ale gubię się w interpretacji gestów z tzw. szarej strefy, wciąż zdarza mi się nadinterpretować czyjś bardzo przyjazny (ale nic poza tym) gest.

Nie jest idealnie.

 

Ale mimo wszystko jest chyba wystarczająco dobrze.

Ain’t it fun? living in a real world

Półtora roku temu, w okolicach ćwierćwiecza, miałam niezłą fazę na dorastanie. Bliskość i cyferka urodzin prowokowały swoiste poczucie winy, że nie spełniam niepisanych wymagań kulturowych/ społecznych – bez pracy, z niedokończonym magistrem, bez faceta, reagująca emocjonalnie jeszcze trochę niewspółmiernie do bodźca. Ale jeden z komentarzy Consa dał mi nieco do myślenia – dlaczego chcę dorosnąć? co jest moją motywacją, o co mi w tym chodzi?

Od trzech tygodni jestem na stażu w urzędzie, tam, gdzie planowałam zdobywać doświadczenie. Wciąż jeszcze przestawiam się na codzienną rutynę wczesnego wstawania po miesiącach luzu na bezrobociu, szczególnie, że często wracam dość późno domu, zaliczając w międzyczasie spotkania ze znajomymi czy inne interesujące eventy. Tak więc jest praca, magister obroniony kilka miesięcy temu, nad emocjonalnością pracuję „dla samej siebie”, z „parcia na związek” się też ‘wyleczyłam’, wierząc, że „będzie co ma być” i otwierając się po prostu na innych ludzi.

Czyżbym dorosła? ;)